Informację szybko podchwyciło Ministerstwo Infrastruktury i Nicnierobienia, które podobno poważnie zastanawia się nad przygotowaniem stosownego przepisu. I wszyscy powtarzają taki sam argument: „manewr ten zmusza w wielu przypadkach kierowców aut osobowych jadących za ciężarówkami do nagłego hamowania. Samo wyprzedzanie zaś bywa czasochłonne, co prowadzi do utrudnień w płynności ruchu”.

Przykro mi bardzo, ale to jedna wielka bzdura. Każdego dnia przejeżdżam kilkadziesiąt kilometrów zatłoczonym odcinkiem A2 oraz trasy S8 i w ciągu ostatniego tygodnia tylko raz widziałem tira, który wyprzedzał. Co więcej, nie zmusił mnie on do nagłego hamowania, bo wjechał na lewy pas, gdy byłem jakieś siedem kilometrów od niego. Najlepsze jednak jest to, że nie wyprzedzał innej ciężarówki, tylko 20-letnią na oko hondę civic, która miała zaparowane wszystkie szyby i toczyła się nie więcej niż 70 km/h. Jej kierowca miał minę jak glonojad przyklejony do przedniej ściany akwarium. I był tak samo jak on mokry. Od potu wywołanego stresem.

Tak więc obecnie większym problemem niż tiry, jadące zazwyczaj w miarę równo i wyprzedzające się tylko czasami, są kierowcy osobówek, którym wydaje się, że lewy pas jest jak kolejka w urzędzie pocztowym – należy w niej stanąć i broń Boże się ruszać, żeby czasem nikt nie wepchnął się przed nas. To osobówki zajeżdżają drogę, nagle hamują, nie używają kierunkowskazów i lusterek, a kilka tirów potrafią wyprzedzać przez całe województwo. Proszę was! Gdy wjeżdżacie na autostradę, patrzcie na ten zegar, gdzie są dziesiątki i setki, a nie pojedyncze cyfry – to drugie to obrotomierz, a nie prędkość wyrażona w machach!

Na miejscu Ministerstwa Infrastruktury kategorycznie zabroniłbym wjeżdżania na lewy pas ludziom, których pachy po przekroczeniu 120 km/h zaczynają przypominać jeziora, a ręce drżą jak pinczer miniaturka zostawiony na noc na mrozie. Bo to oznacza, że coś jest nie tak albo z nimi, albo z ich samochodami. A najczęściej z jednym i drugim. Jeśli dobrze się zastanowić, to w zasadzie zakazałbym takim ludziom w ogóle prowadzenia pojazdów kołowych. Jakichkolwiek, włączając w to taczki i sklepowe wózki.

Przyjęło się, że obecnie każdy, bez względu na płeć, kolor skóry, poziom IQ i orientację seksualną, musi mieć prawo jazdy. Znam kilka osób, które nie potrafią pływać, w związku z czym trzymają się z daleka od własnej wanny, nie wspominając o basenie czy jeziorze. Z drugiej strony znam też paru ludzi, którzy nie potrafią jeździć samochodem, ale w najmniejszym stopniu nie przeszkadza im to w pokonywaniu tysięcy kilometrów rocznie. Mój pies lepiej radzi sobie ze zmianą biegów niż oni, a mimo to on nie ma prawa jazdy, a oni tak. Do egzaminu podchodzili blisko 10 razy, aż w końcu przepuszczono ich ze zwykłej litości. I to właśnie oni są największym zagrożeniem na drogach. Niestety, ani policja, ani Ministerstwo Infrastruktury nie są zainteresowane ściganiem ich i odbieraniem im uprawnień. Bo przecież jeżdżą wolno, a to oznacza, że jeżdżą bezpiecznie. Przyjmując taki tok rozumowania, proponuję uznać, że od dziś do pilotowania małych samolotów wystarczy tylko zaświadczenie o odbytym kursie puszczania latawców. Obiecuję, że będę latał wolno, w związku z czym dla nikogo nie będę zagrożeniem.

Piszę to wszystko z punktu widzenia człowieka, który przez ostatni tydzień zachowywał się za kierownicą tak, jakby ktoś oblał go benzyną i podpalił. Biegi zmieniałem dopiero po przekroczeniu 6 tys. obrotów na minutę, na dwójce dochodziłem do 100 km/h, silnik darł się tak, jakby za chwilę miał wyskoczyć spod maski prosto na moje kolana, a skupiony byłem przy tym wszystkim jak Misiewicz na kolorowance z czołgami. Tak właśnie jeździ się wartym 36,4 tys. zł volkswagenem Up! No dobra, tak naprawdę moja wersja kosztowała prawie 50 tys. zł, bo miała drugą parę drzwi, skórzaną kierownicę, radio, specjalne miejsce na iPhone’a (po podłączeniu służy za komputer pokładowy i nawigację). Ale cała reszta była dokładnie taka sama, jak w najtańszym upie! Mam tu na myśli m.in. drzwi grubości firanki, plastiki o jakości jednorazowej maszynki do golenia oraz ogólny komfort na poziomie lisiej nory. Dodajcie do tego silniczek z blendera (60 koni, z czego 30 zdycha przy pierwszej próbie podjazdu pod górkę), przyspieszenie do setki w okolicach 15 sekund, a otrzymacie samochód, na widok którego nawet wasz pies będzie podkulał ogon i chował się w budzie.

Po tym szczerym opisie możecie pomyśleć, że płonąłem ze złości, jeżdżąc tym pudełkiem po butach, do którego ktoś postanowił przymocować koła. Ale tak nie było. Przeciwnie. Bo up jest najjaskrawszym dowodem tego, że obecnie nawet tanie, maleńkie, słabowite samochodziki produkowane z myślą o ludziach, którzy traktują auto przedmiotowo, jak tłuczek do mięsa czy młotek, bez większych problemów rozpędzają się na autostradzie do 140 km/h. Okay, zajmowało mu to ciut więcej czasu niż ferrari 458 czy nawet focusowi RS, ale nadal zachowywał się pewnie, posłusznie reagował na ruchy kierownicą, hamował jak trzeba i nie był zbyt wrażliwy na podmuchy wiatru, np. podczas wyprzedzania tirów. Do tego mieścił cztery osoby, torby z zakupami, a jego zawieszenie i silnik doskonale radziły sobie w mieście. Nie było miejsca, w którym nie zdołałbym zaparkować.

Spartański up pozwolił mi wrócić myślami do czasów, gdy samochody projektowali i budowali mechanicy, a nie informatycy. Gdy to wy kierowaliście maszyną, a nie ona wami. Bo czasami nieistotne jest, jak samochód się prowadzi, lecz to, jak wy się czujecie, gdy go prowadzicie. A w przypadku upa jest to uczucie prowadzenia czegoś nietuzinkowego, innego. Na swój sposób ta jego prostota, hałaśliwość i powolność mnie urzekły. A jeszcze bardziej spodobał mi się jego złoty kolor. Pomyślcie tylko, co musiał powiedzieć człowiek z hondy civic, gdy wrócił do domu: „Najpierw wyprzedziła mnie scania, a następnie wielki, łysy, uśmiechnięty wariat w maleńkim złotym volkswagenie”. Bo żeby kupić to auto, faktycznie trzeba być wariatem. Z racji tego, a także jego koloru uważam, że byłoby idealną limuzyną dla nowego lokatora Białego Domu.