Może dochody banków staną się zagrożone, a złoty poleci w dół tak bardzo, że eksfrankowi kredytowicze będą płakać w rękaw. Może Morawiecki zobaczy trwałą utratę tempa inwestycji. Etc, etc. Ogromna część rozgrywki, w której Polska bierze udział, nie poddaje się prostemu – tu nacisnąć, tam pożądany dźwięk. Co ma znaczenie? „Powinniśmy życzyć polskim kredytobiorcom, żeby globalna gospodarka zaczęła przyśpieszać, żeby obawy o gospodarkę Chin nie zmaterializowały się. Wtedy powinniśmy obserwować wyraźnie niższe kursy. Jeszcze w tym roku powinniśmy płacić mniej niż 3 złote 70 groszy za szwajcarską walutę” – ładna prognoza, szkoda, że zeszłoroczna.

Chociaż jej autorem był renomowany ekspert, nie sprawdziła się. Za to po drugiej stronie Atlantyku Donald Trump zapowiada, że zrobi porządek z krajami „manipulującymi swoją walutą”. Głównie chodzi tutaj o Chiny i Japonię, ale tak się nieszczęśliwie dla Polaków składa, że Szwajcaria spełnia dwa z trzech podstawowych kryteriów, aby znaleźć się na liście „bogacących się kosztem USA”, poprzez zaniżanie kursu swojej waluty. Te dwa kryteria to trzyprocentowa nadwyżka na rachunku obrotów bieżących (Szwajcaria ma dziesięcioprocentową) i przeznaczanie więcej niż 2 proc. swojego PKB na interwencje walutowe (na obniżanie kursu franka Szwajcaria wydaje horrendalne 9 proc. PKB).

Co będzie, kiedy ojczyzna franka kredytowego spełni również trzeci warunek (wyraźna nadwyżka handlu w handlu z Ameryką)? Dojdzie do przepychanek amerykańsko-szwajcarskich i albo frankiem to zatrzęsie, albo przeciwnie, Szwajcaria odpuści interwencje walutowe z oczywistym skutkiem. Naszym sojusznikiem w ewentualnej „rozgrywce o franka” są Niemcy, również oskarżane przez USA o operacje walutowe związane z kursem euro. Realistyczna polska polityka powinna zakładać zarówno „wstawanie z kolan”, jak i umiejętność siadania na kolanach Niemiec.