Niestety, są – jak mówił klasyk Lech Wałęsa – plusy dodatnie i plusy ujemne. Pojawiły się w samorządach możliwości i pieniądze, pojawiły się też wynaturzenia. Jedną z najgorszych degeneracji są sieci powiązań, które niektórzy nazywają klikami, inni towarzystwem, jeszcze inni salonem. I nieważne, czy mówi o nich Jarosław Kaczyński, czy ktoś inny, ten problem dotyka wielu małych gmin i miast. Przy czym nie chodzi tu o naturalne „dążenie ku sobie” elit politycznych samorządowych i gospodarczych, lecz o tworzenie mechanizmów, które mają nie tyle zablokować konkurencję, ile wręcz uniemożliwić jej powstanie.

Przede wszystkim praca

Jak to wygląda w praktyce? Posłużmy się dwoma przykładami. Pomińmy nazwy miejscowości, bo nie o piętnowanie tu chodzi, ale o analizę.

Mamy więc rolniczą gminę wiejską oraz nieduże miasto powiatowe o przemysłowej przeszłości. Co je łączy? Aby złapać właściwą perspektywę, musimy pamiętać, co jest najbardziej poszukiwanym towarem na tych rynkach. To praca. Z perspektywy wielkomiejskiej wydawać się to może absurdem, przecież od dawna słychać, że mamy rynek pracownika, firmy mają problem ze znalezieniem rąk do pracy i łatają dziury Ukraińcami. I to wszystko jest prawda, ale pamiętajmy – jest praca i praca. Ta najbardziej pożądana w tych miejscowościach wcale nie jest najlepiej wynagradzana, ma jednak inny walor nie do przecenienia – jest kodeksowa. Co w praktyce oznacza: na warunkach zgodnych z kodeksem pracy. Bez darmowych nadgodzin, z przewidzianymi limitem urlopami i określonymi godzinami pracy. Gdzie pracodawca nie kręci bez przerwy nosem na zwolnienie lekarskie, gdzie są premie i bonusy. Taka praca jest w urzędach, instytucjach i spółkach podległych samorządowi.

Pierwszą gminę, wiejską, nazwijmy A. Ma trochę poniżej 6 tys. mieszkańców, ujemny przyrost naturalny, ujemną migrację, bezrobocie na poziomie 8 proc., przeciętne wynagrodzenie brutto niewiele przekracza 3000 zł. Są tam dwie podstawówki plus filia, gimnazjum, biblioteka, gminny ośrodek kultury i jedna spółdzielnia. Większość mieszkańców pracuje w rolnictwie, tych znajdujących zatrudnienie w innych działach jest ok. 370. Te „inne działy” to urząd i instytucje mu podległe.

Miasto powiatowe, nazwijmy je B, ma ponad 50 tys. mieszkańców, ujemny przyrost naturalny, ujemną migrację, bezrobocie na poziomie 10 proc., kilkanaście większych zakładów przemysłowych, dwanaście podstawówek, siedem gimnazjów, dwa licea, kilka techników, dom kultury, bibliotekę, trzy spółki miejskie. W sumie w mieście jest 15,5 tys. pracujących. Z tego 1998 w instytucjach podległych miastu: urzędzie i jego ekspozyturach (190), spółkach (650), bibliotece (18), domu kultury (40), szkołach (ok. 1100).

W gminie wiejskiej (A) największym pracodawcą jest wójt. Rządzi od pięciu kadencji i wygrywa w cuglach. W mieście (B) władza nie zmieniła się od 2002 r. Teraz pytanie podstawowe: czy gminy kwitną? Nie. Obie ledwo wiążą koniec z końcem, obie nie mają żadnego pomysłu na przyszłość. Nie mają przemysłu, wielkich walorów turystycznych ani kolorytu lokalnego, ot, zwyczajna Polska powiatowa. Mieszkańcy zdają sobie sprawę, że przyszłość nie rysuje się różowo, ale nie mają też za bardzo w czym wybierać. W gminie wiejskiej wójt konkurencji nie ma żadnej, bo wszyscy, którzy mają jakikolwiek pomysł na działalność społeczną, robią to we współpracy z władzą. Dzięki temu mają też pracę. Jak nie oni osobiście, to ktoś z rodziny. Konfrontacja, zwłaszcza publiczna, niesie za duże ryzyko. Jest oczywiście możliwa sytuacja, że taki potencjalny kontrkandydat sprzymierzy się z wójtem, wejdzie do rady gminy, zapewni sobie nieusuwalność z pracy i dopiero wtedy wystąpi przeciw. (Pracodawca musi dostać zgodę rady na zwolnienie pracownika-radnego, z zasady radni jej nie udzielają; to dlatego w radach gmin, miast, powiatów jest tylu pracowników instytucji podległych samorządowi). Ale wójt ma też duże możliwości obłaskawienia takiego osobnika. Choćby pracą dla żony/syna/szwagra.

W mieście sytuacja jest trochę bardziej skomplikowana, bo tu i konkurencja polityczna jest większa, i stanowisk proporcjonalnie mniej. Co nie oznacza, że mechanizmy są inne. Kto może dać pracę, daje. Kto pracę dostał, jest wdzięczny. I się odwdzięcza, chociażby pomocą w kampanii wyborczej. Podobne relacje są na linii władza – przedsiębiorcy. Przekonanie, że przetargi wygrywają najlepsi i najtańsi, jest równie naiwne jak twierdzenie, że w naborach ogłaszanych przez te urzędy pracę dostają najlepiej wykwalifikowani. Tak jak władza rozdaje miejsca pracy, tak też rozdziela pieniądze w przetargach. Im więcej tych zależności, tym większe prawdopodobieństwo, że firmy odwdzięczą się pieniędzmi na kampanię. A jak będą pieniądze, będzie można przykryć konkurentów czapką. Czytaj: w kampanii zalać miasto plakatami, spotami i reklamami.

Coś dla opozycji

Czarny to obraz. Oczywiście może paść wiele głosów oburzenia, że to nieprawda, że przecież są inne samorządy, ale jedno nie wyklucza drugiego. Te opisane wyżej istnieją. Zarządzają, trwają i nic nie wskazuje na to, by coś się miało w nich zmienić. Możemy udawać na potrzeby politycznego konfliktu, że to jedynie wynaturzenia, ale kto zna prowincję lepiej niż z 30. piętra wieżowca w centrum Warszawy, wie, że to jedna z twarzy polskiej samorządności.

W tym miejscu wychodzi na scenę Jarosław Kaczyński i ogłasza: ten problem może rozwiązać tylko dwukadencyjność. Jeśli wójt/burmistrz/prezydent będzie miał przed oczami datę końca swoich rządów, nie poświęci tyle energii na budowanie sieci powiązań, bo w niczym mu ona nie pomoże. Nawet jeśli zmarnuje pierwszą kadencję na nieustającą kampanię wyborczą przed drugą, i tak przez kolejne cztery lata będzie się mógł zająć pracą na rzecz gminy.

Oponenci odpowiadają: ale przecież ludzie nie są głupi, gdyby ten wójt/burmistrz/prezydent był taki beznadziejny, toby na niego nie głosowali i odsunęliby go w końcu od władzy. Ale znów – można być odważnym w anonimowym wielkomiejskim tłumie, trudniej w małej gminie, gdzie większość ludzi się zna. I gdy byt rodziny zależy od miejsca pracy. Ryzyko, że przyjdzie nowy i będzie wsadzał swoich, jest tam olbrzymie. Po co mi to? To już lepiej niech zostanie, jak jest.

Większość pomysłów Jarosława Kaczyńskiego jest oderwanych o rzeczywistości. Nie rozwiązują problemów, lecz tworzą kolejne. Ale ten akurat trzeba poprzeć rękami i nogami. I to w jego najradykalniejszej wersji – wprowadzony od razu, bez ośmioletniej karencji. Nijak nie uzdrowi sytuacji prawo, które ma obowiązywać dopiero za dwie kadencje. Wiemy, w jakim kraju żyjemy, wiemy, że ciągłość władzy traktujemy mocno umownie i że trudno znaleźć przepisy, które bez zmiany ostałyby się tak długo. Dlatego tylko zakaz dla już sprawujących władzę może dać wymierne efekty.

W tym miejscu oponenci wysuną drugi argument – niekonstytucyjność. Prawo nie może działać wstecz, a zakaz dla ludzi dziś sprawujących władzę byłby naruszeniem tej reguły. Czy na pewno? Przecież nie kto inny jak Trybunał Konstytucyjny za czasów Platformy Obywatelskiej i prof. Andrzeja Rzeplińskiego orzekł, że reforma OFE jest zgodna z ustawą zasadniczą. Reforma, która polegała na zmianie reguł. Nie obowiązywała tych, którzy do systemu dopiero wchodzili, ale tych, którzy już w nim byli. Zadziałała wstecz, o czym jej autorzy głośno nie lubią przypominać.

Autor nieważny, zwycięzca się liczy

Jest jeszcze wątek polityczny. Przecież autorem tego pomysłu jest PiS, a opozycja nie jest od popierania, tylko od zwalczania. Poza tym partia Kaczyńskiego chce wysadzić z siodła samorządowców nie w trosce o jakość demokracji, ale przeciw niej – by samemu obsadzić te stanowiska. Pewnie tak jest. Nie zmienia to faktu, że jeśli dwukadencyjność wprowadzi, sam też będzie jej podlegał. Poza tym założenie, że tam, gdzie wójtowie i burmistrzowie przestaną rządzić, wygra PiS, jest fałszywe, bo nie ma żadnych ku temu przesłanek.

Wiele można o PiS powiedzieć, ale nie to, że troszczy się o Polskę samorządową. Centralizm to doktryna polityczna Jarosława Kaczyńskiego, a przekonanie, że państwo wie najlepiej, czego chce obywatel, to jej pierwsze przykazanie. Dlatego na tym pomyśle może zyskać właśnie opozycja. Rzeczywistość Polski powiatowej jej mieszkańcy znają aż za dobrze, negacja faktów nic tu nie pomoże. Można udawać, że stan obecny jest najlepszym z możliwych, ale to prosta droga do kolejnej klęski. Platforma Obywatelska przerobiła już tę lekcję, gdy przekonywała wyborców, że żyją w kraju najlepszym z możliwych. Skończyło się „Polską w ruinie”. Jarosław Kaczyński odwołuje się do wyborców oczekujących, że państwo wszystko załatwi: bezpieczeństwo, dobrobyt, pracę i oszczędności w banku. Opozycja ma zwolenników bardziej indywidualistycznych, wierzących w moc sprawczą własnych rąk. Ale też takich, którzy widzą, jak niektóre samorządy wyglądają na co dzień. Nawoływania, że trzeba o nie walczyć, bo demokracja zagrożona, potraktują tak, jak na to zasługują – wzruszeniem ramion. Kto będzie walczył za burmistrza czy prezydenta, który jest symbolem nepotyzmu?

Wprowadzenie dwukadencyjności w samorządach od zaraz to pomysł Kaczyńskiego, co wcale nie wyklucza, że opozycja nie może na nim skorzystać. Zdarzało się już w polityce, że jeden rzucił hasło, a drugi brał je na sztandary. I wygrywał. To partia Polska Jest Najważniejsza po raz pierwszy startowała z hasłem „400 zł na każde dziecko”, o czym przypomniał ostatnio w tygodniku „Polityka” Rafał Woś. PJN już dawno nie ma, a PiS jest, i 500 plus także.

Czy nie jest to atrakcyjna możliwość?

Takich cudownych czasów dożyliśmy, że kto popiera pomysł wprowadzenia dwukadencyjności w samorządach, to pisior zupełny i oszołomiony czarem Jarosława wyznawca. A jeśli występuje przeciw, widać z kliki jakiejś gminnej albo ogłupiony kodziarz w ostateczności. Jak tu dyskutować, gdy strony od emocji się gotują? Mimo to spróbujmy. Bo nie dość, że dwukadencyjność wiele by w samorządach wyregulowała, to jeszcze najlepiej ją wprowadzić wstecz, nie za osiem lat. Herezja? Najbardziej do poparcia tej inicjatywy namawiałbym... opozycję