Prawda leży gdzieś pośrodku. Tak jak znajdziemy przykłady lokalnych społeczności sprawnie zarządzanych przez oddanych sprawie włodarzy, tak nie jest problemem wyszukanie Dyzmów, królów lokalnych układów. Jeden fakt jest bezsporny: politycy – ci od wielkiej polityki – coraz mocniej walczą o  samorządy, naciągając strunę ich niezależności. Jesteśmy świadkami bitwy, która na nowo zdefiniuje miejsce samorządu.

Źle by się stało, gdyby jedynym jej celem było poszerzenie wpływów politycznych tej czy innej partii. Bo idea samorządności to coś więcej. Jej realizacja w praktyce wpływa na decyzje obywateli, gdzie chcą mieszkać, pracować, wychowywać dzieci. Pewnych procesów nie uda się zatrzymać. Choćby migracją ze wsi do miast. Za kilkanaście lat, jak szacuje Europejska Agencja Ochrony Środowiska, w niektórych krajach UE tylko 10 proc. ludzi będzie mieszkało na wsi. Jednocześnie prawdziwy boom przeżywają przedmieścia dużych miast. Ludzie wybierają je, paradoks, bo chcą wieść wiejskie życie.

Amerykański politolog Benjamin Barber, autor książki „Gdyby burmistrzowie rządzili światem”, przekonuje, że problemy świata są zbyt skomplikowane, żeby mogły sobie z nimi poradzić państwa narodowe. Samorządy potrafią to lepiej, a światowa współpraca burmistrzów to przyszłość globu. Jeżeli to nawet stwierdzenie na wyrost, polecam politykom wykonanie ćwiczenia intelektualnego i udzielenie odpowiedzi na pytanie zadane w tytule książki Barbera.