Wystawa mi się podobała i nawet chętnie bym wiele pochwalił. Nie mniej chętnie zabrałbym głos w sprawie tego, co mi się w niej nie podobało. Tylko że każdy głos podziwu, a jeszcze bardziej każdy głos krytyki, odgrywa rolę w starciu „Kto kogo?”. Możliwość toczenia sporu o interpretację została nam, ludziom dobrej woli, odebrana.

Moja narracja muzeum wojny byłaby inna niż twórców wystawy. Nie wszystkie polskie okrutne doświadczenia automatycznie porównałbym do podobnych doświadczeń innych narodów europejskich.

Zapewne wolałbym więcej polskich bohaterów (od razu zastrzegam się, że muzeum jest wzorowo patriotyczne) i tych niepolskich też. Pewno darowałbym sobie generała Franco i przedwojenną polską ulicę, miałbym niejeden bardzo światły pomysł, co pokazywać w zamian. Jednak nie odmawiam zwolennikom innej, przemyślanej i wciągającej narracji prawa do jej proponowania setkom tysięcy widzów w ramach projektu utrzymywanego z pieniędzy publicznych.

Wystawa nastawiona na opowiedzenie wojennej traumy ma niepodważalny sens. Rolą ministra kultury jest stworzenie, modnie mówiąc, przestrzeni, w której w intelektualnie swobodnej atmosferze można będzie formułować wnioski ewentualnych ewolucyjnych zmian w niektórych aspektach ekspozycji. Zamiast polityki żmudnego, choćby wieloletniego ucierania, mamy huzia na Józia i wiarę, że kiedy Nasze Chłopaki wezmą się do roboty, to w pół roku zrobią perełkę na gruzach wystawy przygotowanej przez Złych Chłopaków. Może nawet uda nam się nareszcie wygrać drugą wojnę światową. Na początek z Tuskiem.