Ta sztuczka zawsze działa. Do znudzenia powtarzać, że rządzi nami strateg niecodzienny, aż uwierzą w to nawet przeciwnicy. Do geniusza przykładać trzeba szczególną miarę, przecież wiadomo, że ponad wszystkich wystaje. A co, jeśli nie wystaje? Jeśli nasz geniusz nie tylko nie rozumie, co się na świecie dzieje, ale nawet z własnym społeczeństwem nie ma intelektualnego kontaktu?

Dowody? Proszę: oburzenie przeciwko nowemu prawu o wycince drzew, czarne marsze przeciw zaostrzeniu ustawy antyaborcyjnej, alarm w sprawie dwukadencyjności wprowadzanej od zaraz i wielkiej Warszawy... Można tę wyliczankę ciągnąć. Pomysły wyłożono na stół, bo podobno tego chciał suweren. Ale gdy suweren zawył z wściekłości, szybko schowano je do szuflad, udając, że to jakiś obcy element, czynniki nieprzychylne, a sama partia i wódz miłościwie jej panujący z takimi wyskokami wspólnego nic nie mają.

To bardzo wygodna dla polityka perspektywa: wsłuchiwać się w głos własnego elektoratu, utwierdzać go w przekonaniach, ale też samemu wykorzystywać buzujące w nim frustracje, jednocześnie wszystkich poza tą grupą traktować per noga. Na zasadzie – albo wyznajesz poglądy wspólne dla naszej grupy, albo nie mają one dla nas znaczenia. Ty, wyborco z przeciwnej strony, też znaczenia nie masz. Wygodna to perspektywa, ale bardzo zdradliwa. Zwłaszcza dla rządzących. Bo nie da się skutecznie rządzić bez orientacji, co się w społeczeństwie dzieje, nie da się rządzić, nie podsłuchując, o czym szepczą przeciwnicy. 20 proc. Polaków, na których opiera się PiS i dzięki którym wygrał podwójne wybory w 2015 r., to jednak nie większość. Obojętnie, jakkolwiek by to przeliczać.

Ale żeby wiedzieć, trzeba słuchać. Czuć. Jarosław Kaczyński nie słucha i nie czuje, i nie dlatego, że jest z innej gliny, on po prostu współczesnej rzeczywistości nie ogarnia. Dlatego popełnia takie błędy, jak wyhodowanie na własnej piersi Komitetu Obrony Demokracji, dlatego myli polityczną pozycję Kościoła z jego wpływami na społeczeństwo.

U was też tną? Pewnie tną, w całym kraju warczą piły i padają drzewa. Miało być dla ludu, jest dla deweloperów i biznesu. Uchwalona 16 grudnia 2016 r. ustawa zlikwidowała horrendalne kary ze wycinkę drzew i pozwoliła robić to w „celach gospodarczych”. Niby dobrze. Wcześnie kilkudziesięciotysięczne grzywny za wycięcie jednego drzewa bez zezwolenia za niekonstytucyjne uznał Trybunał Konstytucyjny, więc prawo i tak trzeba było zmienić. PiS wcale nie poszedł po linii najmniejszego oporu, ale wyszedł ze słusznego – wydawało mu się – przekonania, że przecież nic tak bardzo Polaka nie wkurza, jak fakt, że nie może sobie w swoim domku robić tego, co mu się żywnie podoba. Ile to razy elektorat narzekał, że to skandal, iż musi jakiegoś urzędasa prosić o zgodę na piłowanie na własnym gruncie, jakież oburzenie przewalało się przez fora internetowe, gdy sąd – zgodnie z ówczesnym prawem – taki elektorat grzywną obłożył. By punktów sobie nabić, zgodził się więc PiS na wycinkę bez większych komplikacji.

I wielkie jest jego zdziwienie, gdy okazało się, że lud wcale nie jest zachwycony. Co innego popsioczyć na straszne państwo, że się do wszystkiego wtrąca, a co innego obudzić się któregoś dnia, wyjrzeć przez okno i zobaczyć pustynię zamiast parku. Zwłaszcza że to nie elektorat tnie na swoim gruncie, ale biznes zwykle, co mu zielone przeszkadza w rozbudowie. Może władza żyć w przekonaniu, że rowerzyści i ekolodzy to tylko jakieś lewactwo, odszczepieńcy od zdrowej tkanki narodu, przez ten naród traktowane z pogardą, ale nijak to się ma do rzeczywistości. Nie tylko lewacy dbają o zdrowie, jeżdżą na rowerze, biegają i podnoszą ciężary na siłowniach, nie tylko kodziarz i platformers przejmuje się smogiem, a świadomość ekologiczna nie dotyka jedynie wyborców Partii Razem. To zmiana cywilizacyjna, która w społeczeństwie zaszła już lata temu, i gdyby tylko PiS się nad nią pochylił, wiedziałby, że punktów tutaj nie nałapie. Wycofuje się więc teraz rakiem, zapowiada, że prawo zmieni, a do mainstreamowych (czytaj: prawicowych) mediów wypuszcza przecieki, że sam Jarosław Kaczyński w tej sprawie walnął pięścią w stół i obsobaczył ministra środowiska Jana Szyszkę.

Podobnie musiał się wycofać rakiem z zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej. Do dziś politycy PiS przekonują, że oni nie mieli nic z tym wspólnego, że to był projekt jakiegoś tam stowarzyszenia. Ale przecież Jarosław Kaczyński zupełnie nie przewidział oporu, jaki ten pomysł wywołał. Gdyby przyjrzał się suwerenowi choć przez chwilę, zobaczyłby czarno na białym, że emancypacja kobiet to nie żadna moda, ale oczywista oczywistość społeczna. Pewnie zdziwiłby się prezes, gdyby się dowiedział, że od dawna nikt nie wytyka palcami panien w ciąży, że na głębokiej prowincji pary żyjące bez ślubu to rzecz zwyczajna i nawet nestorzy rodów z uchem przytkniętym do Radia Maryja traktują ten fakt z obojętnością. Że kobiety nie muszą pytać mężów o zdanie, by iść do pracy, i same decydują o sobie, bo i lepiej wykształcone od mężczyzn, i bardziej zaradne.

Żyjący w bańce informacyjnej Kaczyński przytakuje hierarchom Kościoła, gdy ci przekonują, że ich głos jest ważny, ale gdyby wyszedł z bańki i przyjrzał się suwerenowi uważnie, zrozumiałby od razu, że ten wpływ cokolwiek jest przesadzony. Jedynie 40 proc. katolików chodzi co niedziela do kościoła, więc gdzie niby mają ich księża do swojego namawiać? Już 30 proc. małżeństw nie przysięga sobie przed ołtarzem, tylko w urzędzie stanu cywilnego, nawet w małych miejscowościach uczniowie wypisują się z religii, a w wielu po kolędzie księdza przyjmuje jedynie co drugi wierny. Jak można było zakładać, że w takim kraju suweren przytaknie antyaborcyjnej ofensywie Kościoła albo położy po sobie uszy? Że kobiety się przestraszą, bo proboszcz wytknie je palcami? Przecież żeby się tego bały, musiałyby najpierw tego proboszcza zobaczyć.

Ostatnie 15 miesięcy to musi być dla Jarosława Kaczyńskiego nieustające pasmo zdziwień. Zaczął rządy od awantury o trybunał i w kilka miesięcy wyprowadził na ulice setki tysięcy ludzi, którzy zasad państwa prawa chcieli bronić nie tylko na Facebooku. W grudniu 2016 r. postawił się mediom i oberwał od suwerena tak, że rakiem się z ograniczeń w Sejmie wycofał. Rzucił na stół pomysł wielkiej Warszawy, ale po dwóch tygodniach udawał, że to nie jego. Głośno opowiada o dwukadencyjności w samorządach wprowadzonej wstecz, lecz po kontrataku prezydentów, wójtów i burmistrzów broni tego pomysłu coraz słabiej.

Elektoratowi te wolty Kaczyński wyjaśnia zawsze tak samo: zdradliwa opozycja pospołu z potomkami ubeków podkłada nam świnie, to grupy interesów wykorzystują nierozgarniętych politycznie obywateli, a ci robią za pożytecznych idiotów wbrew woli suwerena. A przecież suweren jest z nami. Elektorat to łyka jak pigułki nasenne, przekonany, że tylko on jest narodem, a kto nie z nim, ten wróg. Ale o ile elektorat to do snu kołysze, o tyle w rządach PiS nie pomaga.

Poglądy suwerena są Kaczyńskiemu tak obce i tak niewiele z nich rozumie, że nierozważnie otworzył dwa nowe fronty, które w nieodległej przyszłości mogą złożyć go do politycznego grobu. Zgoda na Unię dwóch prędkości i zapowiedź, że my, Polacy, widzimy się bardziej w tej wolniejszej i mniej zintegrowanej, jest wbrew poglądom prounijniej większości. Suweren wciąż jest jednym z najbardziej prounijnych narodów, a wolność podróżowania i wyboru miejsca zamieszkania i pracy uważa za jedną z najważniejszych zdobyczy cywilizacyjnych. Kaczyński ma to za nic, on tej perspektywy nie ogarnia, dlatego jest przekonany, że suweren o niczym innym nie marzy, jak o wyrwaniu się spod kurateli Brukseli.

Podobnie myli się prezes PiS w sprawie samorządów. Owszem, suweren narzeka na kliki w gminach, ale to jego kliki, tutejsze, i wara Warszawie od nich. Kaczyński gra ostro, na prowincji już trwają przygotowania do przedterminowych – jesiennych lub zimowych – wyborów, nawet opozycja uznaje ten scenariusz za prawdopodobny i już się gdzieniegdzie układa. Ale gdyby wsłuchał się w głos suwerena, a nie kadzących mu posłów powiatowych, szybko zrozumiałby, jakie są zagrożenia. Bo o ile prowincja zniesie PiS na górze, o tyle Misiewiczów w urzędzie gminy nie zdzierży. I mówi o tym głośno.

Gdyby jeszcze Kaczyński z poglądami suwerena głęboko się nie zgadzał, gdyby z nimi polemizował, gdyby wreszcie szukał sposobu, by przekonać do swoich racji. Ale nie, on tych poglądów w ogóle nie zauważa. Suweren opisany jak wyżej to byt, z którym nie jest sobie w stanie poradzić intelektualnie. Zakłada złożoność postaw, a dla niego naród to jedno.

Można na nastroje społeczne wpływać, ale najpierw trzeba im się przyjrzeć. Wyemancypowane społeczeństwo, dość oddalone od Kościoła, zauroczone Unią i oferowanymi przez nią możliwościami, potrafiące rozróżnić dobro wspólne od tępej wycinki – to jest suweren, z którym Jarosław Kaczyński musi się układać. Jego elektorat to mniejszość.