Można być zwolennikiem reformy edukacji, można być jej przeciwnikiem. Powtarzanie argumentów o niekompetentnym i pospiesznym przygotowaniu zmian, o nauczycielach, którzy stracą pracę, czy o tłoku w podstawówkach, przed którym się nie ucieknie, choćbyśmy nie wiem jak zaklinali rzeczywistość, nie ma teraz większego sensu. Tak samo jak mówienie o złym wpływie gimnazjów na dzieciaki, które przez zmianę środowiska i kolegów w tym wieku – mówiąc krótko – głupieją. Co dla dzieci będzie lepsze, nie wiem. Każda ze stron ma z pewnością trochę racji.

Nie odmawiam także nikomu prawa do protestu. Marsze, manifestacje – to wszystko mieści się w kanonie walki o swoje racje. Dlatego nie mam najmniejszych wątpliwości, że na marcową demonstrację przed Ministerstwem Edukacji Narodowej w Warszawie czy na kwietniowe protesty w miastach wojewódzkich przyjdą tysiące osób. I bardzo dobrze, tak właśnie trzeba pokazywać władzy swoje niezadowolenie wobec jej czynów, niezależnie zresztą od tego, czy rządzi PiS, czy PO. Nie mam też żadnych wątpliwości, że w tym wypadku nic to nie zmieni. Reforma już weszła przecież w życie i konsekwentnie zostanie doprowadzona do końca.

Jednak wyrażanie niezadowolenia przez nieposyłanie dzieci do szkoły budzi mój głęboki sprzeciw. Z kilku powodów. Po pierwsze, jest to w jakimś sensie forma piętnowania: i rodziców, i – co gorsza – dzieci. Z całą pewnością w wielu klasach odbywa się dziś sprawdzanie, kto w piątek był, a kto nie. I stygmatyzowanie – kto był, ten pisior. Dzieci potrafią być dla siebie bezlitosne, a do stresu związanego z brakiem modnych butów czy dobrej komórki dojdzie kolejny, zresztą zupełnie przez nie niezawiniony. Czy pomyśleli państwo o tym, zanim zdecydowali się pokazać obecnej władzy środkowy palec za pomocą dziecka?

W ten sposób schodzimy jeszcze niżej z podziałem na dwie Polski. A szansa na to, że rów pomiędzy dwoma plemionami odpornymi na wszelkie argumenty, które zawłaszczyły i podzieliły między siebie nasz kraj, zostanie kiedykolwiek zakopany, staje się podobna do szansy na trafienie szóstki w totka. Zastanówmy się też, jaki przykład dajemy dzieciom. Co prawda szkoła jest obowiązkowa, ale – jak widać – jest to obowiązek relatywny. Nie podoba nam się władza, więc chodzić do szkoły nie musimy. Wcale się nie zdziwię, gdy za jakiś czas któryś z rodziców usłyszy, że jego Krzyś na lekcje dziś się nie wybiera, bo nie podoba mu się nauczyciel i on w ten sposób będzie wyrażał swój sprzeciw. A może, konsekwentnie, dzieci nie będą chodzić do siódmej i ósmej klasy i zostaną dwa lata w domu?

W ten sposób budujemy też bezsensowne podziały między dorosłymi. W czwartkowy wieczór tak popularne i praktyczne fora rodziców, będące na co dzień głównie miejscem wymiany informacji o zadaniach domowych, roiły się od wpisów: „Czy posyłacie jutro dzieci do szkoły?”. Czy ktoś rozsądny odpowiedział: „Tak, Jadwisia strajkuje”? Albo „oczywiście, Franek, choć ma siedem lat, głęboko wierzy, że likwidacja gimnazjum zaprzepaści mu szansę na edukację i życiowy sukces, więc w ramach sprzeciwu zostaje w domu”? Brzmi bez sensu, prawda? Bo taka właśnie jest ta forma protestu.

Postawmy się w sytuacji rodzica, który z całego serca jest przeciwny reformie, ale nie ma z kim zostawić dzieci. Co ma zrobić? Posłać je do szkoły i narazić się na krzywe spojrzenia innych, czy może posadzić maluchy przed komputerem czy telewizorem na cały dzień i mieć nadzieję, że nic głupiego nie przyjdzie im do głowy? Tak źle i tak niedobrze. Dlatego mam nadzieję, że w radosnym pędzie kontestowania obecnych władz ktoś jednak powie „stop”. W tym przypadku poszliśmy o jeden krok za daleko. Przekroczyliśmy granice absurdu. Przecież jeżeli skomplikowaliśmy komuś życie, to najwyżej nauczycielowi, któremu wypada jeden dzień z pracy nad podstawą programową i będzie to musiał w jakiś sposób nadrobić. Jeśli nam się coś nie podoba, protestujmy, mówmy o tym głośno i wyraźnie. Ale nie w ten sposób. Bo kto na tym tak naprawdę traci: rząd czy dzieci?