Zasadnicze pytanie pozostaje jednak otwarte: co tak naprawdę Ocampo ma osiągnąć. Bo jeśli za – prawdopodobnie – niemałe pieniądze wynajmujemy eksperta od spraw trudnych i beznadziejnych po to, by sprowadzić do kraju wrak, to jestem rozczarowana. Gorzej – boję się, że ewentualny sukces tej misji otworzy kolejny rozdział wojny polsko-polskiej. Mając szczątki tupolewa na polskiej ziemi, czy będziemy mądrzejsi? Odkryjemy prawdę? Odbudujemy wspólnotę? Przepracujemy wreszcie kwestię winy i kary? Zaczniemy budować, zamiast demolować? Śmiem wątpić.

Obawiam się raczej, że z nową werwą i wściekłością przystąpimy do rytualnego przeciągania struny: rządzący będą chcieli postawić tupolewa na dziedzińcu pałacu prezydenckiego, a opozycja zażąda przekazania go na aukcję WOŚP; ci pierwsi wyłączą ruch na Krakowskim Przedmieściu, by ułatwić pielgrzymowanie do wraku, ci drudzy złożą skargę w Strasburgu na naruszanie ich świętego prawa do swobodnego przemieszczania się ulicą. Z budowaniem wspólnoty narodowej wokół najstraszniejszej katastrofy po II wojnie światowej pożegnaliśmy się dawno. Teraz możemy już tylko głębiej zanurzać się w ten obłęd.

Nie ma wątpliwości, że wrak dawno powinien być w Polsce. W zwykłym stylu cywilizowanych społeczeństw powinniśmy dostać te szczątki z powrotem; są nasze i dla wielu nieomal święte. Należało je szczegółowo przebadać, a potem odstawić w pięknym, skłaniającym do refleksji miejscu – jako memento. Bo Tu-154M jest przede wszystkim symbolem. Stąd i wątpliwość: czy priorytetem rządu ma być polityka symboliczna? Czy nie czas przejść do Realpolitik i zatrudnić najlepszych prawników nie po to, by ściągnęli tu wrak, lecz by na gruncie twardego prawa węszyli, wyciągali dowody, pracowali na aktach i w oparciu o międzynarodowe konwencje pociągnęli do odpowiedzialności tych, którzy 10 kwietnia zawinili – jeśli są oni wśród żywych? Sam wrak nas przecież nie wyzwoli.