Seria jego porażek zaczęła się niewinnie. W wystąpieniu sejmowym na temat priorytetów w polityce zagranicznej na początku 2016 r. wskazał na Wielką Brytanię jako najważniejszego sojusznika Polski w rozumieniu "wielu ważnych elementów agendy europejskiej". Zamiana sojuszy "Londyn za Berlin" była dyskusyjna, ale niepozbawiona sensu. Wielka Brytania zasiada w Radzie Bezpieczeństwa ONZ, ma swoje udziały w MFW i Banku Światowym. Jest mocarstwem atomowym. Pomysł wart był rozważenia. Pech jednak chciał, że pięć miesięcy po wystąpieniu ministra Zjednoczone Królestwo w referendum zdecydowało o  opuszczeniu UE.

Mniej więcej w tym samym czasie dojrzewał spór rządu z Komisją Europejską o Trybunał Konstytucyjny. Również na tym polu MSZ miało pecha, decydując się na zaproszenie Komisji Weneckiej. Włączenie ciała doradczego Rady Europy miało nas uwiarygodnić przed Brukselą. Gdy wizyty zaczęły przynosić odwrotny rezultat, Waszczykowski z rozbrajającą szczerością oświadczył, że i tak [KW] zostałaby nasłana na Polskę. Ostatecznie w rozmowie z Polsatem stwierdził, że na współpracę "szkoda zachodu". Zachodu było też szkoda na Francuzów, z którymi weszliśmy w  spór o kontrakt na caracale (bardziej za sprawą MON niż MSZ). Dystansowanie się od Paryża i Berlina można by jeszcze od biedy zrozumieć, gdyby lansowany przez MSZ renesans współpracy regionalnej - Wyszehrad i Międzymorze - rzeczywiście były dla Weimaru przeciwwagą. Tak jednak nie jest, czego potwierdzeniem była postawa naszych sojuszników podczas reelekcji Donalda Tuska.

Na Wschodzie jest jeszcze gorzej. Z Rosją nie udało się nawet minimalne odmrożenie stosunków. Z Ukrainą - jak mówią nasi rozmówcy w Kijowie - nie ma chemii. Białoruś właśnie wymierzyła nam policzek. We wtorek, po kilku miesiącach odbudowywania relacji z Mińskiem i  składania hołdów w postaci zapewnień o wygaszeniu telewizji Biełsat, Alaksandr Łukaszenka oskarżył Polskę o współudział w organizowaniu na Białorusi przewrotu.

Smutnym podsumowaniem była operacja Saryusz-Wolski, która okazała się dyplomatyczną farsą. Gdy plan runął, Waszczykowski tradycyjnie przekonywał, że został oszukany. Właściwie minister mógłby mieć na drugie imię "oszukany", bo tę formę tłumaczenia rzeczywistości polubił szczególnie. Kłamstwo zarzucał szefowi KE Jeanowi-Claude’owi Junckerowi i jego zastępcy Fransowi Timmermansowi po tym, jak KE rozpoczęła wobec Polski procedurę ochrony państwa prawa. Nie wnikamy w to, czy tak było rzeczywiście. Pragniemy jedynie zwrócić uwagę, że kierowanie dyplomacją to zadanie, które zasadniczo polega na tym, by nie dać się oszukać. Mówienie co chwilę, że partnerzy kłamią, gazety kłamią, analitycy i eksperci też, brzmi mniej więcej jak słynne „Niemcy mnie biją” Jana Marii Rokity wypowiedziane na pokładzie samolotu Lufthansy.

Już nie ruszajmy drobnicy takiej, jak zatrudnienie w MSZ oskarżanego o powiązania agenturalne Amerykanina Roberta Greya vel Grygiełki czy absurdalne odtajnianie dokumentów resortu w sprawie polityki wschodniej. Nie krytykujemy uprawiania dyplomacji w oparciu o sprytnie grających na polskich kompleksach załatwiaczy ze Stanów Zjednoczonych w stylu Ralpha Reeda i Kena Blackwella. Ale szef MSZ nie może swoich porażek stale tłumaczyć tym, że ktoś go oszukał. Jak mówił nam jeden z dyplomatów, którzy cenią Witolda Waszczykowskiego, szef resortu nie może się tłumaczyć pechem. Pechowcy nie mogą być ministrami.