Mówi pani o zemście Kościoła za to, że pani ojciec postanowił wystąpić ze stanu duchownego.
Moi rodzice zawsze byli dumnymi góralami. I promienieli od miłości. Byli wielkimi przyjaciółmi, jedno za drugiego życie by oddało. On był charyzmatycznym mężem i ojcem, tak jak wcześniej był charyzmatycznym księdzem.

Ale wy, dzieci, o tym nie wiedziałyście.
Nie, dowiedziałam się, dopiero kiedy miałam 14 lat. Na ulicy, od obcej osoby. Wróciłam do domu, zapytałam mamę, czy to prawda, że jestem dzieckiem księdza, a mama powiedziała, że jestem dzieckiem miłości. Kiedy tato był księdzem, to na jego msze przyjeżdżali ludzie z wielu wiosek, czasem nawet z innych powiatów. Chcieli posłuchać jego kazań i tego, jak śpiewa. Kiedy zakładał chóry, wszyscy chcieli w tych chórach śpiewać, od małego do dużego. Słyszałam, że jak śpiewał falsetem, do C trzykreślnego, to ludziom nogi się uginały. Kiedy został maestro, to był charyzmatycznym maestro. Kiedy został mężem, to też charyzmatycznym, ojcem również.

Kościół go wyklął.
Tata zrobił coś, co się Kościołowi nie podobało. Wielu kolegów księży się od niego odwróciło. Kilku z tą przyjaźnią się nie obnosiło. W czasach PRL bezpieka próbowała przeciągnąć tatę na swoją stronę. Byłam w IPN, tata podawał tym panom swoje nazwisko i milczał, nic nie mogli od niego wyciągnąć na temat Kościoła. Kiedy umarł, Kościół chciał, by to był cichy pogrzeb. No, niestety przyjechało ze trzy tysiące osób. Ksiądz proboszcz nie chciał się zgodzić, by trzech księży, którzy byli chórzystami taty, prowadziło mszę. Wykazali się siłą i nieustępliwością i mszę poprowadzili. Ale kazanie już wygłosił proboszcz i słowa o moim tacie nie powiedział. Nie wystarczyło, że 32 lata czekał, by Kościół pozwolił mu wziąć ślub z mamą. Wcześniej prosił o to samego papieża Jana Pawła II, osobiście wręczył mu list, w którym była prośba o zgodę na ten ślub. Niestety, do dziś nie wiadomo, kto to blokował. Mogę tylko przypuszczać, bo zgoda przyszła dopiero wtedy, kiedy jeden z arcybiskupów zmarł. To naprawdę nie świadczy o sile Kościoła. Widocznie mieli swoje powody, by tak postępować.

Mówiła pani o charyzmie ojca. Myśli pani, że czuł powołanie?
Pyta pani o księżowskie powołanie? On był wychowany na księdza. Jego babcia tego chciała, mama też. Tata pochodził z małej wioski, a darło go gdzieś do góry, do duchowości, gdzie on miał ją znaleźć. Gdzie chłopczyk ze wsi mógł szukać czego nieprzyziemnego, no gdzie? Był wrażliwy na muzykę, na piękno, kompletnie nie pasował do otoczenia. Nie nadawał się do ziemi, do roli. Studia teologiczne to była dla niego jedyna droga. Potem się okazało, że to nie jego miejsce, że potrzebuje miłości, potrzebuje mojej mamy, dzieci i duchowości, którą zawsze znajdował w muzyce. I zanim zada pani następne pytanie, od razu powiem: mama nie uwiodła księdza. Znali się i kochali platonicznie przez wiele lat. Byli sobie przeznaczeni. Nie byłam dzieckiem przypadku, byłam i jestem dzieckiem miłości. A o tym, że tata był księdzem, wiedzieli wszyscy. Wszyscy. Gdyby tata był cichutkim byłym księdzem, który założył rodzinę, to dla Kościoła nie byłoby takiego problemu. Niestety, on był znany i uwielbiany. Tacie po prostu w życiu wszystko się udało, bo robił to, co chciał, to, co kochał. Nie kłamał, nie walczył.

Tak was wychowywał?
Myśli pani, że dzieci trzeba wychowywać? Nie sądzę. Dzieciom trzeba dawać wzorce.