Pretekstem do rozmowy z ekspertem jest premiera książki Suzany E. Flores "Sfejsowani. Jak media społecznościowe wpływają na nasze emocje"

Anna Sobańda: Kim jesteśmy na portalach społecznościowych – sobą, czy może kreacją siebie?

Jakub Kuś: Trudno o jednoznaczną odpowiedź na to pytanie, ponieważ każdy nieco inaczej do tego typu mediów podchodzi. Nie da się jednak uciec od konkluzji, że portale społecznościowe, a przede wszystkim Facebook, to przestrzeń olbrzymiej autokreacji. To, co widzimy u naszych znajomych, to nie bezpośrednia transmisja z ich życia, a wyselekcjonowane fragmenty tylko z tym, co oni chcą nam pokazać. Ta kreacja więc jest, i to bardzo silna.

Czy widząc te wybrane obrazki z życia znajomych, automatycznie zaczynamy sami selekcjonować to, co publikujemy?

Tak, i to jest zamknięte, błędne koło autoprezentacji. Widzimy to, co zamieszczają nasi znajomi - w jakich pięknych miejscach przebywają, jakie sukcesy odnieśli, w jakich wspaniałych imprezach biorą udział, i robi nam się głupio. Szczególnie, jeżeli sami nie mamy poczucia, że nasze życie jest równie udane. Wówczas pojawia się pokusa, żeby i w swoich postach co nieco podrasować, nadać naszemu życiu taką narrację, by wydało się ono nie mniej atrakcyjne, niż życie naszych znajomych. Jest to więc rodzaj autoprezentacyjnego wyścigu szczurów. To stwarza duże niebezpieczeństwo.

Jakie?

Dotyczy ono głównie młodszych ludzi i związane jest z ich przekonaniem, że muszą wykreować swój publiczny wizerunek na Facebooku w taki sposób, by znajomi wiedzieli, co się dzieje w ich życiu. Młodzi ludzie zaczynają gonić za lajkiem. Nastoletnia dziewczyna zakłada sobie konto, wrzuca zdjęcie i czeka na odzew. Jeśli on jest, to super, ale jeśli nie ma lajków, serduszek i komentarzy, może poczuć się bezwartościowa, nieciekawa itd. To może zaburzyć jej poczucie własnej wartości.

Czy pokolenie młodych ludzi, którzy nie znają świata bez internetu i mediów społecznościowych, różni się do tych, którym te narzędzia były dane nieco później?

Dla ludzi, którzy nie znają świata bez mediów społecznościowych, najprostsze nawet aspekty komunikacyjne bez włączenia w to komunikatorów internetowych są wręcz niemożliwe. Sam znam ludzi, którzy są w stanie porozumieć się na facebookowym messengerze kilkoma naklejkami albo GIFami. To powrót do pisma obrazkowego. Jeśli popatrzymy na rozmowę dwóch 16-latków na komunikatorze, to nie jest to słowo pisane, a raczej próba najprostszego przełożenia tego, co powiedzieliby sobie, gdyby rozmawiali ze sobą bezpośrednio. Inną istotną różnicą jest sposób tworzenia więzi międzyludzkich. W epoce mediów społecznościowych posiadanie 300, 400 czy 500 znajomych doprowadza do sytuacji, w której siłą rzeczy nie jesteśmy w stanie utrzymać z tymi osobami bliskich więzi. Brytyjski psycholog Robin Dunbar twierdzi tymczasem, że człowiek jest tak zaprojektowany przez naturę, że jest w stanie utrzymywać względnie bliskie relacje z maksymalnie 150 osobami. Kiedy mamy 300 znajomych, kontakty stają się dużo bardziej powierzchowne, płytkie. Dla młodych ludzi to staje się regułą - wchodzenie w kontakt z drugą osobą to prześlizgnięcie się, bez próby zrozumienia drugiego człowieka, skupienia się na tym, co on tak naprawdę do mnie mówi, co czuje, co myśli.

Jak to wszystko przekłada się na zbiorowość? Jakim jesteśmy społeczeństwem w mediach społecznościowych?

Badania psychologi Internetu pokazują, że pojmowanie tego, co jest moralne, etyczne i dopuszczalne w internecie jest inne, niż poza nim. Szczególnie w przypadku młodych ludzi. Łatwość wypowiedzi na Facebooku w bardzo wielu przypadkach sprzyja rozhamowaniu. Ludzie piszą komentarze, nie zastanawiając się nad konsekwencjami. Jakiś czas temu w ramach zaplanowanej akcji stworzono galerię zdjęć profilowych różnych użytkowników Facebooka, a na tle tych zdjęć zamieszczono wulgarne, agresywne, nienawistne komentarze, jakie ci ludzie wypisywali w różnych miejscach w sieci. To robiło piorunujące wrażenie, ponieważ mieliśmy na przykład zdjęcie uśmiechniętego ojca w otoczeniu dzieci i na tym tle jego komentarz, który kiedyś opublikował, od którego włos się jeży na głowie. Ta akcja pokazuje, że próby walki z agresją na forach, wprowadzone przez większość portali informacyjnych i polegające na możliwości dodawania komentarza dopiero po zalogowaniu facebookowym kontem, nie zawsze działają.

Czy to, jak pan ujął, rozhamowanie internautów doprowadzi do prób odgórnego zapanowania nad Internetem?

Mieliśmy już próbę takiej regulacji. Mam tu na myśli głośne ACTA, które w skutek społecznych protestów zostało całkowicie wycofane. Oczywiście podejmowane są inne próby zapanowania nad Internetem, ale w moim przekonaniu, one również skończą się porażką.

Skąd ten pesymizm?

W momencie największych protestów przeciwko ACTA sam przeprowadziłem badanie, w którym pytałem protestujących o to, czemu konkretnie się sprzeciwiają oraz co jest dla nich największą wartością w internecie. W odpowiedziach najczęściej pojawiała się właśnie wolność i to, że internet pozawala na wszystko. Internauci zareagowali złością, co ktoś tę niczym nieograniczoną przestrzeń chciał im odebrać. Jest to więc próba sił. Z jednej strony mamy internautów, którzy funkcjonują w anarchistyczny sposób i tak traktują internet, a z drugiej strony są rządy i różnego rodzaju korporacje, które chciałyby mieć coraz większą kontrolę nad tym, co o nas wiedzą w internecie.

Jak skończy się to starcie?

Moim zdaniem internet podąża w kierunku kilku cyfrowych państw tworzonych przez duże korporacje, takie jak Google, Microsoft, Apple. Zmierza to w stronę niedostrzegalnego dla wielu użytkowników oddania pewnej wolności za cenę wygody korzystania z różnego rodzaju programów i aplikacji. Sam jestem ciekaw, jak to potoczy się dalej. Próba sił trwa. Czy skuteczniejsi okażą się internauci walczący o wolność i swobodę, czy też korporacje i rządy, które będą dążyły do tego, by jakoś to skontrolować? Trudno powiedzieć. Wiele zależy od tego, czy tym próbom kontroli będzie przyświecał model biznesowy nastawiony na zyski, czy też model rządowy, polegający na tym, że pewną dozę wolności w internecie oddajemy chociażby w imię walki z agresją i hejtem. Internet jest jednak na tyle specyficznym środowiskiem, że internauci zawsze znajdą sposób na to, by poradzić sobie z ograniczeniami. Jestem więc sceptyczny wobec prób regulacji i ograniczeń. Ale nie mam też wątpliwości, że rzeczywistości bez internetu i bez portali społecznościowych już nie będzie. Pytanie tylko, czy powinniśmy cofnąć się o jeden kok i zastanowić nad tym, czy świat wygląda tak, jak byśmy tego chcieli, czy też pozwolić mu na swobodny rozwój w zagadkowym i chaotycznym kierunku.

Czyli stoimy przed wyborem – anarchia albo panowanie wielkich korporacji?

Trochę tak to wygląda. Ostatnio czytałem wypowiedź Marka Zuckerberga, który powiedział, iż jego zdaniem świat jest w takim momencie, w którym zwłaszcza biedniejsze społeczeństwa powinny mieć możliwość jeszcze większego uczestniczenia w sprawach politycznych i społecznych. I właśnie to ma im zapewnić Facebook. Ponieważ macie nad sobą skorumpowanych polityków, to my wam damy Facebooka, dzięki któremu będziecie mogli się wypowiedzieć. Inicjatywa szlachetna, ale pojawia się zasadne pytanie, kto wówczas tak naprawdę kontrolowałby ten przepływ opinii? Nie zapominajmy bowiem, że Facebook to przecież prywatna firma. Trudno jednak nie docenić roli portali społecznościowych w rozwoju świata, bowiem dla bardzo wielu ludzi, zwłaszcza z biednych społeczeństw, jest to brama do rzeczywistości, której wcześniej nie znali. Wystarczy telefon z dostępem do internetu, by wejść w kontakt z ludźmi z całego świata. Granice zniknęły. To jest niewyobrażalna perspektywa.

Wpływ internetu na rozwój świata pokazała też arabska wiosna.

Arabska wiosna jest dobrym przykładem ruchu społecznego. Patrząc jednak z perspektywy kilku lat, wiemy, że społeczne ruchy wywołane w mediach społecznościowych były dość krótkotrwałe. Ludzie faktycznie za pomocą Facebooka czy Twittera skrzyknęli się wielomilionowym tłumem, natomiast trwałość tego ruchu była taka sobie.

Dlaczego tak się stało?

Tu powraca pytanie o to, jaka jest więź między ludźmi, których jednoczy tylko to, że są zapisani na wspólne wydarzenie na Facebooku. W moim przekonaniu siła takiej więzi i zaangażowania w to, co się robi, jest znacznie mniejsza, niż gdybyśmy spotkali się w realnej przestrzeni i ustalili plan działania. Ja bym więc nie przeceniał mediów społecznościowych. Nadajemy im zbyt dużą rangę w naszym życiu, co jest konsekwencją potencjalnie wielu problemów. To jest tylko narzędzie, które można dobrze wykorzystać do tego, by żyło się łatwiej. Jeśli jednak pozwolimy sobie na to, żeby to media społecznościowe rządziły naszym życiem, wpadniemy w pułapkę, z której bardzo trudno będzie nam wyjść.

Jakie społeczeństwo wyrośnie z ludzi wychowanych na mediach społecznościowych?

Mam na to dość pesymistyczne spojrzenie. Wydaje mi się bowiem, że rośnie społeczeństwo narcystyczno-indywidualistyczne. Młodzi ludzie wychowali się w internecie i na mediach społecznościowych z przeświadczeniem, że jeżeli tylko czegoś im się zachce, to im się to należy, są zapatrzeni w swój wirtualny wizerunek. I choć w końcu dorosną, to się wcale nie musi zmienić. Media społecznościowe z jednej strony mogą posłużyć do skrzyknięcia we wspólnej sprawie grupy ludzi, z drugiej strony zaś doprowadzają do polaryzacji, wyodrębniania się jednostek, przekładania indywidualnych potrzeb nad potrzeby ogółu. Moje potrzeby, moja popularność, mój wizerunek - to jest najważniejsze, inni ludzie już niekoniecznie. Obym się mylił. Niestety badania nad moralnością w internecie spięte z zachowaniami użytkowników mediów społecznościowych dają obraz przesuwania się w stronę narcystycznego, egoistycznego społeczeństwa. Jeżeli odpowiednio szybko nie uświadomimy sobie tego, w jakim idziemy kierunku, za jakiś czas możemy jako społeczeństwo obudzić się w miejscu, w którym nie chcieliśmy być.

Co możemy zrobić, by tak się nie stało?

Najprostszym rozwiązaniem jest przemyślenie tego, w jaki sposób pozwalamy kilkuletnim już dzieciom zaczynać przygodę z internetem. Zazwyczaj młody człowiek jest w tej przestrzeni absolutnie pozostawiony sam sobie. W szkole mamy informatykę, która tak naprawdę jest lekcją obsługi Worda i Excela, a kompletnie nie ma zajęć, które uczyłyby młodych ludzi, jak dobrze i mądrze korzystać z internetu, jakie są pułapki w mediach społecznościowych, że pogoń za popularnością jest zgubna. Internet już z nami będzie, więc tak jak mamy zasady życia społecznego czy ruchu drogowego, tak powinniśmy wypracować zasady dotyczące funkcjonowania w sieci. Internet jest gigantycznym skrzyżowaniem, na którym w interakcję wchodzą ze sobą miliardy ludzi - potrzebujemy zasad, by nie dochodziło do kolizji.

Jakub Kuś - psycholog, zajmuje się wpływem nowych technologii na funkcjonowanie człowieka i relacje międzyludzkie. W pracy naukowej koncentruje się przede wszystkim na tym, w jaki sposób korzystanie z internetu oddziałuje na sferę emocjonalną, poznawczą i moralną człowieka. Bada zjawisko dyskursu nienawiści w internecie, tzw. hejtu, oraz jego konsekwencje. Należy do Polskiego Stowarzyszenia Psychologii Społecznej, jest przewodniczącym Rady Naukowej Polskiego Stowarzyszenia Studentów i Absolwentów Psychologii. Na wrocławskim wydziale Uniwersytetu SWPS jest kierownikiem kursu „Psychologia nowych technologii”. Prowadzi zajęcia z zakresu psychologii emocji i motywacji, psychometrii, metodologii ze statystyką oraz społecznej przestrzeni internetu.