Purytanie, którzy przybyli na nowy kontynent, tak naprawdę uciekali z narażeniem życia ze swojego Egiptu, by w trudzie i znoju budować nowe Jeruzalem. A ponieważ Exodus jest metaforą niezwykle pojemną, kolejne fale emigracji też mogły widzieć swoją tułaczkę właśnie jako podróż do Ziemi Obiecanej; ba, nawet doświadczeni niewolnictwem Czarni, jak choćby cytowany przez Brooksa Frederick Douglass, mogli interpretować niewolniczą pracę swej rasy jako swoisty etap w drodze do przyszłego raju – Exodus musi być przecież podróżą przez najciemniejsze zakamarki cierpienia. A moc tego mitu polega na tym, że w swoim narracyjnym rozmachu pozwalał przetrwać najgorsze trudy tak purytanom, jak kolejnym przyjezdnym i emancypującym się niewolnikom: niestraszny ludziom żaden ciężar, jeśli wiedzą, w jakim grają kosmicznym dramacie. Niestraszna podróż, jeśli jest Obietnica.

Ale, pisze Brooks, mit się popsuł i nie działa. Trudno się z nim nie zgodzić – a winnych można znaleźć wszędzie. Spójrzcie tylko: najpierw lewica amerykańska, w zasadzie słusznie, przepisała Szlachetne Wyjście jako Krwawe Przyjście, zbrodnię białoskórych na rdzennej ludności czyniąc oficjalnym grzechem założycielskim Ameryki – a potem wyśmiała Obietnicę, bo komu to niby ta Ziemia jest Obiecana, jeśli jeden kończy w pałacu, a drugi w slumsie? A zaraz potem prawica, ośmielona słabością mitu, który miał moc zachęcania milionów, ogłosiła koniec Wyjścia i początek Oblężenia: raj jest w ruinie, czas budować mury. I tak po rozmontowaniu metafory Exodusu oczom świata ukazał się naród wciąż potężny, lecz nagle żałośnie rozproszony. Powstały z przypadku, idący donikąd; na zmianę targany wyrzutami sumienia i reakcyjnym lękiem; naród, który nie tyle błądzi na krętej drodze do celu, ile plącze się po pustkowiach historii jak pijany Odys bez Itaki.

Brooks zastanawiał się, czy da się wskrzesić w jakiejś bardziej świadomej moralnie postaci opowieść Wyjścia, by na nowo spięła ze sobą wielość amerykańskich doświadczeń, nadała im kierunek i sens. A my? – zadumałam się w chwili tęsknej patriotycznej słabości, której doświadczam rzadko, acz dogłębnie. Przecież i my czujemy się rozproszeni i rozbłądzeni; czy i my nie powinniśmy próbować wskrzesić naszej głębokiej opowieści? Tylko co tutaj wskrzeszać? Co tak naprawdę jest polskim Exodusem?