Co musiałoby się stać, żeby marihuana była legalnym lekiem?
Nie wiem, czasem myślę, że to mogłoby się stać dopiero wtedy, kiedy okazałoby się, że dziecko jednego z prominentnych polityków obozu władzy zachorowało na padaczkę oporną na leki. Oczywiście nikomu tego nie życzę, ale takie bezpośrednie doświadczenie zupełnie zmienia perspektywę. Z drugiej strony niemal każdego dnia pojawiają się ze świata nowe informacje dotyczące zastosowania marihuany w medycynie. W Polsce głos lekarzy zostaje zagłuszany. Pozostaje mi pokazywać przykłady dzieci, które dzięki marihuanie zaczęły normalnie funkcjonować.

Ale nic z tego nie wynika.
Może tak być, że medyczna marihuana zostanie zalegalizowana w tym roku, ale może też być tak, że za 10 lat.

Pan się odgrażał, że wyemigruje do Czech.
Powiedziałem to w emocjach, kiedy zwalniano mnie z CZD. Nie zostawiłem swoich pacjentów. Działam. Śledzę, co robią zagraniczni koledzy neurolodzy, i staram się cały czas uczyć.

Kiedy pan zaczął wprowadzać marihuanę do leczenia?
W 2013 r. telewizja CNN pokazała materiał o dziewczynce z padaczką oporną na leki (zespół Dravet), dla której nie było lekarstwa. Lekarze nie dawali dziecku nadziei. W karcie było napisane DNR. Do not resuscitate, nie resuscytować. A to znaczy, by nie ratować jej życia, jeśli sytuacja będzie po ludzku i po lekarsku beznadziejna. I nagle dziewczynce zaczyna być podawana marihuana. Wszystko się zmienia. Ataki ustępują. Zacząłem się tą metodą leczenia interesować, a rok później wdrażać. Okazało się, że to leczenie jest wielkim sukcesem, że dzieci, które cierpiały, które żyły od napadu padaczki do napadu, zdrowieją po podaniu marihuany.

Miał pan zgodę przełożonych?
Niełatwo było ją uzyskać, ale ją w końcu otrzymałem. Dzień w dzień spotykałem się z pacjentami, którzy nie reagują na leki. Codziennie patrzyłem na te dzieci, badałem je i nie wiedziałem, jak mogę pomóc. I okazało się, że część z nich bardzo dobrze reaguje na marihuanę, że to jest dla nich ratunek, szansa na zdrowe życie. W normalnym kraju byłoby tak, że zostałbym wezwany do dyrektora szpitala i usłyszałbym: Marek, czego jeszcze potrzebujesz byśmy mogli rozwinąć działalność, byśmy nasz szpital rozsławili, kto ci jest potrzebny do pomocy? Jak się możemy przydać? Czy potrzebujesz wsparcia medycznego, lekarzy do pomocy, psychologów, administracji? Zamiast tego zostałem dyscyplinarnie zwolniony. To jest też wina systemu obowiązującego w służbie zdrowia.

Polityki również?
Oczywiście. Proszę pamiętać, że kiedy zacząłem stosować w leczeniu marihuanę, u władzy była PO. Nikt z polityków Platformy nie chciał pomóc, drzwi ministerstwa były zamknięte. Wszyscy się bali, bo przecież marihuana to zło, to narkotyk i jeśli zalegalizujemy ją w medycynie, a więc powiemy, że jest dobra, to młodzież uzna, że jest i zdrowa, i będzie po nią ochoczo sięgać. Oczywiście, trzeba mówić o właściwościach narkotycznych marihuany. Jednak morfina od dawna jest w medycynie, a przecież jest dużo silniejszym narkotykiem niż marihuana. Pani mówiła o polityce, a ja dość często powtarzam, że zdrowie nie ma barwy politycznej. Do mojego gabinetu przychodzą różni ludzie, różnych poglądów, jednak wszyscy szukają pomocy, bo ich dzieci cierpią, są bardzo chore.

CAŁY WYWIAD W PIĄTKOWYM WYDANIU MAGAZYNU "DZIENNIKA GAZETY PRAWNEJ"