Amerykański atak na bazę syryjskiego lotnictwa w Szajracie był dla Rosjan ogromnym rozczarowaniem i równie wielką niespodzianką. Tak wielką, że w mgnieniu oka rozsypał rosyjską narrację co do roli Rady Bezpieczeństwa ONZ w konflikcie. Moskwa dotychczas blokowała w tym gremium wszelkie rezolucje potępiające syryjski reżim za kolejne przypadki łamania podstawowych praw człowieka. Po tym, jak Trump wysłał na al-Asada tomahawki, sama zażądała zwołania posiedzenia RB ONZ, by potępić naloty.

Warto było obejrzeć piątkową konferencję prasową rzeczniczki rosyjskiego resortu dyplomacji Marii Zacharowej. Wyszła do dziennikarzy, by odczytać oficjalne stanowisko ministerstwa kierowanego przez Siergieja Ławrowa. = USA poszły na demonstrację siły i na wojskowe przeciwdziałanie państwu, które walczy z międzynarodowym terroryzmem (Rosja ma tu na myśli - tak, tak - Syrię Baszara al-Asada - red.) - mówiła, nie ukrywając zdenerwowania, zupełnie nieprzystającego do wizerunku dyplomaty. Te emocje są dziś emocjami całego rosyjskiego establishmentu.

Rosja w zwycięstwo Trumpa wiele zainwestowała - politycznie, wizerunkowo, a być może również finansowo. Tymczasem niecały kwartał po zaprzysiężeniu okazuje się, że w swojej pierwszej wojnie Trump uderzył w największego sojusznika (albo raczej klienta) Rosji na Bliskim Wschodzie. A zarazem zagroził jedynemu na razie wyjściu Moskwy na Morze Śródziemne. Każdy prezydent USA zaczynał urzędowanie od zamiaru naprawy relacji z Rosją. Od zaprzyjaźnionego z Borysem Jelcynem Billa Clintona przez George’a W. Busha, który w oczach Putina dostrzegł duszę demokraty, aż po Baracka Obamę, który z resetu uczynił wręcz filar swojej polityki zagranicznej.

Miłość Rosji do Clintona skończyła się, gdy NATO zaczęło bombardować Jugosławię. Bush stał się w Moskwie wrogiem numer jeden za interwencję w Iraku (notabene Ławrow porównał już atak na Szajrat do operacji „Iraqi Freedom”) i wspieranie kolorowych rewolucji od Gruzji po Ukrainę, które Rosjanie traktują jako naturalną strefę wpływów. Obama po nałożeniu na Kreml sankcji za agresję przeciwko Ukrainie stał się tak bardzo eksploatowanym przez rosyjską propagandę źródłem wszelkiego zła, że rosyjscy przeciwnicy Putina zaczęli się z przewidzianej dla niego roli wyśmiewać ("Ktoś zdemolował ci windę w bloku? Pewnie znów Obama").

Trump jest na dobrej drodze, by powtórzyć drogę poprzedników, choć pod tym względem, przez ekscentryczność republikańskiego prezydenta, jego dryf w stronę putinosceptycyzmu wyglądał na stosunkowo mniej prawdopodobny. Na razie jednak presja opinii publicznej i części partyjnych kolegów odstrzeliwuje mu kolejnych doradców, przyłapywanych na zbyt bliskich relacjach z Rosjanami. W dodatku kurs Kremla na testowanie administracji - czyli punktowe eskalowanie sytuacji w różnych miejscach na świecie, by sprawdzić, jak zareaguje Trump - stał się zbyt oczywisty, żeby przeć do całościowego układu z Putinem.

Taki big deal, obejmujący Ukrainę, Bliski Wschód, relacje z Chinami, przyszłość relacji NATO - Rosja i być może parę innych spraw, teoretycznie wciąż jest możliwy. Jutro do Moskwy leci sekretarz stanu Rex Tillerson. Ale - używając terminologii resortu Ławrowa - syryjska demonstracja siły stawia go w zupełnie innej roli. Rosja po nalocie na bazę lotnictwa al-Asada zdążyła zawiesić działanie memorandum z 2015 r., którego celem było uniknięcie scenariusza, w którym przypadkowo Rosjanie i Amerykanie bezpośrednio starliby się ze sobą w Syrii. A trudno marzyć o wielkich paktach, skoro wypowiada się małe umowy.

Zresztą nawet gdyby potwierdził się najczarniejszy - i chyba jednak kompletnie nieprawdziwy - scenariusz, w którym Trump w kampanii był tylko kremlowską marionetką, przy jego ego i narzędziach, którymi dysponuje przywódca jedynego supermocarstwa, trudno oczekiwać, by miał taką marionetką pozostać. Donald Trump nie jest toczącym bój o życie Baszarem al-Asadem. Zdarza się czasem, że ogon kręci psem, ale w relacjach amerykańsko-rosyjskich pies wciąż jest zbyt silny, by sobie na to pozwolić.