Tak naprawdę Bartłomieja Misiewicza powinno być nam szkoda. Jego sytuacja wcale nie jest godna pozazdroszczenia. Najpewniej wybory parlamentarne odbędą się jesienią 2019 r. - Prawo i Sprawiedliwość utworzy kolejny rząd albo nie. Tego obecnie nie da się przewidzieć i sytuacja może się zmienić jeszcze niejeden raz. Ale roztropny człowiek dopuszcza do głowy możliwość tego, że PiS kolejne wybory może przegrać. Wiąże się z tym to, że tysiące dobrze płatnych synekur w niezliczonych spółkach i agencjach państwa przejmą ich partyjni następcy. Nawet jeśli będą szli do wyborów z hasłami mówiącymi o ukróceniu partyjniactwa i rozdawnictwa posad. Dla przypomnienia: z hasłami sanacji aparatu państwowego właśnie PiS szło do wyborów.

Ale wróćmy do Miśka. Powtórzę: tak naprawdę jego sytuacja nie jest godna pozazdroszczenia. Ma 27 lat, nie ma wykształcenia, jego nazwisko jest synonimem buty władzy i partyjniactwa, a doświadczenie zawodowe sprowadza się do robienia polityki. Czyli podkładania świni konkurentom i odczytywania myśli silniejszych partyjnych bonzów - w tym wypadku Antoniego Macierewicza. W normalnym świecie nikt takich umiejętności nie poważa i nie potrzebuje. I co najważniejsze, nie chce za nie płacić. - Co on może zrobić?
On musi się teraz najeść - mówił mi niedawno jeden z rozmówców znających dobrze kulisy władzy i jej relacje z biznesem. Tak na zdrowy rozum, to jest to święta prawda. W najgorszym dla niego wypadku (czyli przegrania wyborów przez Prawo i Sprawiedliwość) Misiewicz ma dwa i pół roku by zarobić na kolejne lata. Jak wykazały jego wcześniejsze doświadczenia, poza posadami rozdawanymi z klucza partyjnego, może on być co najwyżej pomocnikiem aptekarza. Aptekarzem przecież nie zostanie, gdyż teraz trzeba mieć ku temu odpowiednie wykształcenie.

Zastanawiałem się nawet, w jaki sposób to się odbędzie. Czy założy jakąś spółkę, która będzie dostawać lukratywne zlecenia z dziedziny public relations? - podobny scenariusz jeden rzecznik wcześniej związany z PiS już trenował. Czy zrobi to przez rodzinę, np. poprzez zatrudnianie jej członków na niezwykle intratne stanowiska? A wreszcie, gdy już to jakoś rozwiąże, to czy takie CBA albo inni źli ludzie pokroju dziennikarzy się do niego nie przyczepią? Przyznam szczerze, miałem pewne wątpliwości. - Inni potrafią, on też coś wykombinuje - uspokajał mnie mój rozmówca.

I faktycznie. Nawet wcześniej niż się spodziewałem. I aż w duchu krzyknąłem: chapeau bas, Miśku! Inni się jakoś chowają, krygują, a tu jest po prostu walenie taranem i pójście jak po swoje. W końcu państwowe pieniądze to w pewnym sensie fundusze partyjne. Taka Polska Grupa Zbrojeniowa podlegająca resortowi obrony to przecież spółka publiczna. A więc także Bartka. Nic więc dziwnego, że postanowił z jej dobrobytu co nieco uszczknąć dla siebie. Taki prezes PGZ zarabia pewnie ze 100 tys. zł miesięcznie. Wiceprezes z 80 tys. Ile może dostawać pełnomocnik zarządu ds. komunikacji?

Nie wiem. Może 3 tysiące, może 30 tysięcy? Tak czy inaczej, nie warto patrzeć na Miśka wilkiem. Przecież on ma mało czasu. Na intratnych posadach spędzi zapewne nie więcej niż kilkanaście miesięcy. Może kilkadziesiąt. A potem czeka go powrót do zawodowego niebytu. I wtedy będzie mógł z rozrzewnieniem wspominać, jak to nominował prezesa PGZ, który później uczynił go swoim doradcą. Jak śpiewał Kazik, "to było życie - się piło, się jadło. To se ne vrati".