Kończ waść, wstydu oszczędź! – padały sienkiewiczowskie słowa przy okazji wyssanych z palca oskarżeń kierowanych przez Witolda Waszczykowskiego pod adresem unijnych przywódców, jakoby dopuścili się fałszerstwa, wybierając Donalda Tuska na drugą kadencję przewodzenia Radzie Europejskiej. Oraz z powodu Antoniego Macierewicza i jego przybocznego Bartłomieja Misiewicza. Albo ze względu na woltę Jacka Saryusza-Wolskiego. Ale czy politycy, wszystko jedno jakiej proweniencji, wstydzą się tego, co mówią lub robią? Czy w polityce jest w ogóle miejsce na tę emocję? Albo czy być powinno?

Wstyd jest przecież „przykrym, upokarzającym uczuciem spowodowanym świadomością niewłaściwego, złego, hańbiącego postępowania (własnego lub czyjegoś), niewłaściwych słów, świadomością własnych lub czyichś braków, błędów itp., zwykle połączony z lękiem przed opinią” (definicja według słownika języka polskiego PWN). Nic dziwnego, że zazwyczaj ludzie go unikają. I choć wstyd jest absolutnie naturalny, jak polityk może się do niego przyznać? W końcu by się jeszcze bardziej ośmieszył. Upokorzyłby sam siebie. Pokazałby, że „jako człowiek ma jakiś zasadniczy brak, defekt czy upośledzenie” (Patricia i Ronald Potterowie-Efronowie, „Letting go of shame. Understanding how shame affects your life”). To w żadnym razie nie uchodzi w życiu publicznym, gdzie trzeba być twardym. Gdzie nie ma miejsca na sentymenty. Gdzie rzadko słychać: „Pomyliłem się, zrobiłem błąd, przepraszam”. Tylko, by ukryć wstyd, trzeba się ciężko napracować.

Popatrzmy na Andrzeja Dudę. Czy prezydent się wstydzi? Nie tego, co mówi, ale tego, co robi? Słów typu „Ojczyznę dojną racz nam wrócić panie” czy „Wiem, że wprowadzane przez rząd PiS reformy napotykają ostry sprzeciw dotychczasowych elit. Ale chcę powiedzieć wyraźnie: nie zatrzymamy się, nie zatrzyma nas żaden jazgot”. Może po prostu nie pamiętać, choć te ostatnie wypowiedział nie dalej jak 30 stycznia tego  roku. Pamięć może przecież odmawiać mu posłuszeństwa w kwestii składanych deklaracji o byciu prezydentem wszystkich Polaków. Więc nie ma powodu do wstydu. Tyle że podpisuje wszystko, co partyjni koledzy podsuną mu na biurko. Zapytanie o konstytucyjność nowelizacji ustawy o zgromadzeniach (która daje możliwość uzyskania zgody na cykliczne zgromadzenia w danym miejscu i czasie jednej grupie, co zamyka możliwość gromadzenia się innym w tym samym terminie i lokalizacji) przemilczę w obliczu obecnego autorytetu i linii orzeczniczej Trybunału Konstytucyjnego. Również wymachiwanie szabelką w sprawie armii nie zasługuje na uwagę.

Oba te wydarzenia są uszyte pod publiczkę. Żeby poprawić wizerunek. Zyskać w oczach społeczeństwa na samodzielności. A może i przypudrować wstyd. Prezydenta z wizją domagał się Andrzej Duda, kandydując na najwyższy urząd w państwie. Lokator, Plastuś, Długopis, Budyń – to tylko kilka z wielu przydomków, jakie przylgnęły do niego jako głowy państwa w niespełna półtora roku sprawowania funkcji. Nie bez powodu.

Jak reagować na ułaskawienie osoby, która jest skazana nieprawomocnym wyrokiem? Na przyjmowanie ślubowania od sędziów trybunału w środku nocy? Na rekordowo szybkie składanie podpisu pod każdą ustawą przyjętą przez parlament? Na niepowoływanie sędziów? Na wręczanie odznaczeń państwowych według nie wiadomo jakiego klucza? Czasem na bezradność najlepszy jest żart i śmiech. Ale patrząc na prezydenta, odnoszę wrażenie, jakby to nie o nim. Nawet jeśli się wstydzi, to udaje, że go to w ogóle nie dotyczy. Wyparcie to, jak widać, dobra technika obronna. Chyba że to cynizm.

A Beata Szydło? Na pewno była dumna z wygranych dwóch kampanii wyborczych w 2015 r. To ona, a nie Jarosław Kaczyński, wraz ze sztabem pomocników zrobiła w pół roku nieznanego szerzej człowieka prezydentem Polski. To ona doprowadziła PiS do samodzielnych rządów. Czy świadomość tych sukcesów wystarczy, by się nie wstydzić tego, co robi jako prezes Rady Ministrów? Malowany premier. Marionetka. Broszka. Trudno o bardziej wymowne określenia. I trudno o bardziej kamienną twarz niż jej. Antoni Macierewicz, Zbigniew Ziobro i Mariusz Kamiński w rządzie? – taki był plan. Niepublikowanie wyroków Trybunału Konstytucyjnego? – w zgodzie z prawem.

Jarosław Kaczyński, decydujący o najdrobniejszych szczegółach w kraju, spotykający się z Theresą May albo Viktorem Orbanem? – prawo lidera partii. Głosowanie przeciw rodakowi na forum unijnym? – nie handluje się zasadami. Po ataku terrorystycznym w Londynie – winna jest polityka imigracyjna UE, choć zamachowiec tak tu, jak i wcześniej we Francji i w Belgii urodził się w kraju, w którym atak miał miejsce. Suche formułki. Jak ta sparodiowana w „Uchu Prezesa”: „Przez osiem lat Polacy i Polki byli ignorowani...”. Ma je pani premier zawsze na podorędziu. W połączeniu z brakiem emocji zdaje się, że stan zawstydzenia jest jej zupełnie obcy. Nic bardziej mylnego. To po prostu maska. Jak inne wykorzystywane, niekoniecznie tylko przez szefową rządu, by schować wstyd. Abstrahowanie, zaprzeczanie, zawstydzanie innych, atak, agresja, słowotok, wyparcie, ucieczka w perfekcjonizm.

A może rzeczywiście politycy, w tym Andrzej Duda i Beata Szydło, wstydu nie mają? Bo polityka uprawiana dziś wymaga łamania norm, a cynizm jest niczym innym jak rewersem wstydu (wstyd: nie przestrzegam norm, wiem, że robię coś nie tak, i mam z tym problem; cynizm: nie przestrzegam norm, wiem, że robię coś nie tak, i nie mam z tym najmniejszego problemu). Nasi politycy są więc cynikami, dla których wstyd nie istnieje. Weźmy takiego Janusza Korwin-Mikkego, który na forum Parlamentu Europejskiego perorował: „Oczywiście, że kobiety muszą zarabiać mniej niż mężczyźni. Ponieważ są słabsze, są mniejsze, są mniej inteligentne i muszą zarabiać mniej. To tyle”. Czy wstydzi się tych słów? W żadnym razie. Nie żeby bronił się przed tą emocją, on po prostu tak uważa. I jeszcze powołuje się na jakieś bliżej nieokreślone dowody naukowe. Cynik pełną gębą.

Bądź wspominany Jarosław Kaczyński. „Naczelnik” dzielący społeczeństwo na lepszy i gorszy sort. „Strateg” obierający demokratyczne państwo prawa z jego atrybutów demokratycznych i prawnych, jak się obiera cebulę. „Ludzki pan”, bo po prostu pan, dopuszczający demonstracje i protesty, ale też sugerujący, że może to jednak ludzie specjalnej troski się zebrali. Czyż nie cynik? Bo przecież o wstydzie w jego przypadku nie ma mowy.

Albo taki Grzegorz Schetyna i jego obietnica opozycji totalnej, co to nie radzi sobie w obecną władzą w ogóle i nie ma do zaproponowania społeczeństwu nic lepszego niż PiS. A wcześniej Donald Tusk i jego taktyka ciepłej wody. Chciałoby się rzec: wstyd i zgrzytanie zębów. Ale tak naprawdę to wyłącznie cynizm.

Cóż, Polacy mają dużo wyrozumiałości dla słów i działań polityków, zwłaszcza tych, których popierają. Nie oczekują, że będą nadludźmi, którzy żadnych błędów nie popełniają. Nie przeszkadza im ukrywanie wstydu ani cynizm, bo zdają sobie sprawę, że polityka nie toleruje tej emocji. Ale oni sami mają granicę tolerancji. Bardzo pilnie strzeżoną. Stoi w miejscu, w którym sami muszą się wstydzić za danego działacza sceny politycznej. Nie lubią tego bardzo. I ukarzą każdego, kto tę granicę przekroczy. Zwłaszcza na arenie międzynarodowej.

Spotkało to Jacka Protasiewicza (kto go teraz pamięta?), który będąc pod wpływem alkoholu, wykrzykiwał na frankfurckim lotnisku „Heil, Hitler!”, a piastował podówczas funkcję wiceprzewodniczącego Parlamentu Europejskiego z ramienia PO. I Bronisława Komorowskiego (musiał utworzyć własny instytut, by zupełnie nie wypaść z orbity publicznej), który zaliczył wiele gaf i wpadek, z „Chodź, szogunie” oraz radą o zmianie pracy i wzięciu kredytu na mieszkanie włącznie.

Jeszcze nie wiadomo, jaka ostatecznie będzie cena za wypad Ryszarda Petru na Maderę z koleżanką posłanką podczas kryzysu parlamentarnego – na czym nie dość, że dał się przyłapać, to jeszcze w żaden logiczny sposób nie umiał wytłumaczyć – choć już widać wyraźny spadek notowań jego i samej Nowoczesnej.

Nie inaczej jest z Jackiem Saryuszem-Wolskim po kandydowaniu na przewodniczącego Rady Europejskiej w kontrze do Tuska. Za ten właśnie pusty gambit płaci też cała partia Kaczyńskiego spadkami poparcia po prawie półtorarocznej stabilności słupków. Nie było takiego skutku przy wojnie o Trybunał Konstytucyjny, chociaż unijne struktury były (są) w nią zaangażowane. A teraz proszę. Wystawienie na szwank opinii o Polakach, pokazanie ich jako awanturników, którzy wystąpią przeciwko wszystkim byleby zatopić swojego rodaka – wieloletniego konkurenta – podziałało jak kubeł zimnej wody. Taki wstyd! Na całą Unię Europejską! Ba, na cały świat! Wprost trudne do zniesienia. Tak samo jak przebąkiwania o wyjściu z Unii Europejskiej. Polacy nie chcą być znowu zaściankiem Europy. Nie zamierzają stanowić orbity rosyjskiej. Powrót do takiego statusu to wstyd trudny do wyobrażenia. A w połączeniu z troską o własny los, interesy i przyzwyczajenia daje mieszankę wybuchową.

Polaków nie stać na wyjście z Unii jak Wielkiej Brytanii. Polska jest cały czas na dorobku. A jej obywatele doceniają wartość członkostwa w UE. Kto z politycznego świata tego nie rozumie, ten nie powinien w nim być. Wytykanie palcem, stawianie do kąta, rumieńce zażenowania z powodu polityków nie są dla Polaków. Oni nie chcą się wstydzić. Szukają powodów do dumy. W zdecydowanej większości są dumni z tego, że Polska jest częścią europejskiej wspólnoty (ponad 70 proc. odpowiedziało w taki sposób w badaniu przeprowadzonym przez panel badawczy Ariadna dla DGP w marcu 2016 r.). Z tego, że są pełnoprawnymi Europejczykami. Że są Polakami (choć mogą mieć pretensje do samego państwa). Że należą do narodu, z którym trzeba się liczyć. Nie przystaną na utratę takiego poczucia. Nie zgodzą się na kolejny wstyd. Nie przejdą do porządku dziennego nad obciachem, a obciachem jest być wyborcą polityka, który zapędził ich w róg zawstydzenia. Tu nie ma zmiłuj. Nie ma przebaczenia. Polityk, który zamiast dumy przyniósł wstyd, dostanie czerwoną kartkę. Rzadko jest inaczej.