PIOTR KOFTA: Co trzeba w sobie samym przełamać, żeby napisać taką książkę jak „Śmierć w bunkrze”, demaskatorską historię o Gerhardzie Baście, pańskim ojcu, esesmanie i zbrodniarzu wojennym?

MARTIN POLLACK: Chodzi o szafę, proszę pana. A także o to bardzo ludzkie pragnienie, żeby zostawić w spokoju i tę szafę, i to, co tam w niej w środku może być, a nawet z całą pewnością jest. I chodzi też o tę ciemną piwnicę, do której boimy się zejść, bo rzekomo czai się tam facet z siekierą – być może tego faceta wcale tam nie ma, ale jeśli nie będę próbował zejść, to nie będę prowokował losu: nie potknę się na schodach i niczego sobie nie złamię. To jest strategia bezpieczna, najzupełniej zrozumiała. Otóż ja zawsze miałem taką piwnicę i zawsze miałem taką szafę w swoim mieszkaniu, a kiedy się przeprowadzałem, to naturalnie razem z szafą. Za którymś razem postanowiłem wreszcie, że ją otworzę – wiedząc z grubsza, co tam na mnie czeka. I otworzyłem.

Znalazł pan w tej szafie więcej, niż się pan spodziewał?

Zdecydowanie więcej. Kiedy przystępowałem do zbierania materiałów o ojcu, o rodzinie, miałem bardzo ogólną orientację w temacie. Nie potrafiłem nawet w pełni wyobrazić sobie, co w tych materiałach znajdę. Wiedziałem jedno – że skoro już się zdecydowałem na ten krok, to każda kolejna czynność musi być wykonana sumiennie, a każdy fakt, nawet okrutnie nieprzyjemny, musi być drobiazgowo ustalony i sprawdzony. Zacząłem więc szukać i czasami nic nie znajdowałem – na przykład kiedy próbowałem znaleźć jakieś informacje o tym, jak i czy w ogóle delegowano mojego ojca na Kaukaz. A czasami znajdowałem aż za dużo – jak wówczas, gdy dowiadywałem się szczegółów o udziale ojca w zbrodniach wojennych w Polsce czy na Słowacji, o tym, jak nakazał rozstrzelanie Bogu ducha winnych polskich zakładników w Radziejowicach albo jak polował na Żydów po słowackich wioskach. Byłem konsekwentny, nie odpuszczałem, nawet jeśli czułem, że to, co odkryję, będzie bardzo bolesne. Wiele lat po ukazaniu się „Śmierci w bunkrze” ustaliłem na przykład, że ojciec brał także aktywny udział w pacyfikacji Powstania Warszawskiego. Czyli bez wątpienia był w Warszawie w 1944 r. A ja przyjechałem tu w 21 lat później, na studia. Jest w tym jakaś osobliwa ciągłość. Chociaż wtedy, w roku 1965, nie miałem pojęcia o jego warszawskich występach.

W tej pana opowieści o rodzinie jest pewien motyw przewodni – jak poradzić sobie z miłością do ludzi, o których się wie, że z całego serca wspierali morderczy reżim? Jak poradzić sobie z własnymi wyidealizowanymi wspomnieniami, z ich dziecięcą niewinnością? Jak je zachować, a jednocześnie podważyć?

Rozwiązanie tego dylematu jest praktycznie niemożliwe. Spora część mojej pracy pisarskiej to nic innego jak tylko niszczenie własnego dzieciństwa, a przynajmniej pamięci o tym dzieciństwie. Z drugiej strony uważam, mam pewność, i to nie jest żadne samooszukiwanie się, że dzieciństwo miałem bardzo dobre i szczęśliwe, chociaż przypadło na ciężkie czasy. Urodziłem się w czasie wojny, jako niemowlę przeżyłem bombardowanie domu, w którym wtedy mieszkaliśmy, podobno nie ma się żadnych wspomnień z niemowlęctwa, ale te 48 godzin spędzone w piwnicy podczas nalotów mogło, myślę sobie, w pewien sposób we mnie zostać, w każdym razie moja żona mawia czasem o tym zdarzeniu: „Tak, to wiele tłumaczy!”.

Dziecko przede wszystkim definiuje swoją sytuację jako normalną, jakkolwiek nienormalna by ona była.

No właśnie, a ja spędziłem szczęśliwe dzieciństwo wśród nazistów. Babcia, dziadek, ojczym – wszyscy naziści! I to nie tacy koniunkturaliści, którzy dbali o swoją karierę, ale głęboko wierzący. Oni dosłownie całe swoje życie poświęcili wierze w nazizm. To byli straszni ludzie, ale jednocześnie otoczyli mnie miłością i oddaniem. Byli straszni, lecz zarazem całkowicie zwyczajni, co zawsze podkreślam: nie żadne potwory, nie prześladowcy, sadyści, psychopaci. Wprawdzie psychopatów w tym reżimie nie brakowało, ale akurat moja rodzina składała się ze zwykłych ludzi, ludzi mających liczne zalety. Mój dziadek, prawnik, gawędziarz, myśliwy i fanatyk dzikiej przyrody, przeprowadzał aryzację w Amstetten. Mój ojciec, też prawnik, który był znakomitym sportowcem, alpinistą, narciarzem, a przy tym wielką miłością mojej matki, popełniał zbrodnie wojenne w szeregach SS. Jeśli mowa o ojcu, do tej pory zdumiewa mnie sprawa rozstrzelania tych zakładników w Radziejowicach, bo to w ogóle nie był akt wojny, chodziło o cywili, starszych ludzi.