Angielski filozof Jeremy Bentham pod koniec XVIII wieku w dziele o cudownie rozwlekłym tytule „Panoptikon albo Dom Nadzoru opisujący ideę nowych zasad budowy wszelkich zakładów, w których wszelkiego rodzaju osoby winny się znajdować pod nadzorem, w szczególności więzień, ale też aresztów, fabryk, warsztatów, przytułków, lazaretów, manufaktur, szpitali, domów wariatów i szkół” zaproponował projekt uniwersalnej instytucji totalnej. Miała charakteryzować się tym, że nadzorca może w jej obrębie prowadzić ciągłą inwigilację osadzonych (więźniów, uczniów, pacjentów), samemu nie będąc widzianym. Pomysł Benthama bazował na skądinąd słusznym przekonaniu, że człowiek, który nie jest w stanie ustalić, czy ktoś go aktualnie obserwuje, ale wie, że może być obserwowany, będzie ściślej przestrzegał reguł zachowania – czyli podda się niewidzialnej władzy w obliczu jej gigantycznej przewagi informacyjnej.

Więzienia według ekscentrycznego projektu Benthama nigdy nie zbudowano. Okazało się zresztą, że znacznie skuteczniej jest po prostu umożliwić samym więźniom, by wzajemnie się pilnowali (to metoda wypróbowana przez wiele reżimów totalitarnych). W końcu nikt nie urządzi ci takiego piekła jak koledzy spod celi. Benthamowski panoptikon stał się jednak używaną w filozofii i socjologii metaforą permanentnej inwigilacji praktykowanej przez nowoczesne społeczeństwa ogarnięte obsesją kontroli i dyscyplinowania ludzi, którzy z różnych powodów nie mieszczą się w założonych ramach.

Ta metafora budzi natychmiast – również dzięki dorobkowi dystopijnej popkultury – skojarzenia z Wielkim Bratem, opresyjnym, demonicznym państwem i maoistowskimi mundurkami. Tego rodzaju skojarzenia w XX wieku miały liczne uzasadnienia. Ale w wieku XXI mieć przestały, ponieważ wynaleźliśmy internet.

Etatystyczne skojarzenia przestały mieć sens nie dlatego, że internet jest zjawiskiem głęboko demokratycznym i wolnościowym (bo nie jest). Po prostu państwa nie są już głównym rozgrywającym w tej grze. Dalszy ciąg owej dość banalnej konstatacji brzmi tak: korporacje obsługujące rynek mediów społecznościowych doprowadziły do zmiany sposobu, w jaki funkcjonujemy w świecie. W jakiejś mierze staliśmy się dla wspomnianych firm pracownikami, którzy świadczą swoje usługi z własnej woli, za darmo i przez całą dobę. Ta praca, polegająca na nieustającym wysyłaniu w eter komunikatów o własnej obecności, przekształciła prywatne życia milionów ludzi w rodzaj okien wystawowych. Kto na nas patrzy? Oczywiście specjaliści od big data, szukający sposobów na to, jak spieniężyć nasze istnienie. A także bez wątpienia norwidowskie „policje tajne, widne i dwu-płciowe”. Ale przede wszystkim wślepia się w nas tłum gapiów, mniej lub bardziej anonimowych. Tłum, który zarazem obserwuje i jest obserwowany. I oto mamy prawdziwy panoptikon – globalne społeczeństwo pół więźniów, pół nadzorców.

Dopóki sprawy toczą się gładko, nic szczególnego się nie dzieje. Ale sprawy między ludźmi rzadko toczą się gładko. Nieoczekiwane reperkusje społecznościowej inwigilacji pojawiają się na przykład wtedy, gdy ktoś, niechcący lub umyślnie, przekroczy czysto arbitralną granicę normalności. Tak jak przydarzyło się to bohaterom książki „Wstydź się!” Jona Ronsona – osobom, przeciw którym internetowa wspólnota rozpętała spektakularne seanse nienawiści.