Obawiam się, że jeżdżenie co tydzień innym samochodem nie czyni ze mnie specjalisty. Na tej samej zasadzie, jak spożywanie w ciągu roku 365 kolacji nie robi ze mnie Gordona Ramsaya. Owszem, mam własny ranking najciekawszych aut i aktualizuję go co roku w okolicach Bożego Narodzenia, ale nie oznacza to, że któreś z nich powinniście kupić. Jeżeli już naprawdę miałbym wam coś doradzić, to powiedziałbym krótko: kupcie to, co wam się podoba. To jedyna rozsądna rada. A nie, przepraszam. Jest jeszcze druga, nawet ważniejsza: nigdy nie wierzcie reklamom i sprzedawcom w salonach. Nigdy. Ufajcie własnej intuicji, przeczuciom, temu, co wyczytaliście w prasie i sieci, a nawet swojemu kotu, ale nie wolno wam wierzyć w to, co widzicie w reklamie albo co wypływa z ust człowieka, który w klapę marynarki w kolorze martwego wróbla ma wpięte logo marki.

Pewien mój znajomy uwierzył, że gdy kupi bmw, to będzie żył jak ludzie występujący w reklamie tych aut: latem uprawiał surfing w towarzystwie pięknych kobiet, zimą narciarstwo z najlepszymi kumplami. I jeszcze że po górskich krętych drogach będzie mógł jeździć tak, jakby nie obowiązywały prawa fizyki. Ostatecznie przekonało go hasło „Radość z jazdy” i zapewnienia sprzedawcy, że bmw to nie samochód, lecz styl życia. Sęk w tym, że model, który kupił, 318i, okazał się równie „radosny”, jak wdepnięcie w krowi placek. Szybko wyszło na jaw, że na Bałtyku nie da się surfować, piękne kobiety są już zajęte, a kumple wolą zmywać gary, niż jeździć na nartach z człowiekiem, który kupił bmw. Co gorsza, 318i na sam dźwięk słów „kręta górska droga” chował się w garażu.

Powtórzę więc raz jeszcze: bez względu na to, co w aucie jest dla was najważniejsze – wygląd, pojemność bagażnika, osiągi, zużycie paliwa, prowadzenie – nigdy nie ufajcie ludziom od reklamy, marketingu i sprzedaży. Zbyt często ich zapewnienia szeroko rozmijają się z rzeczywistością. I mam na to dowody.