Wiele wskazuje na to, że Prawo i Sprawiedliwość przegrało kolejne wybory. Przesilenie nastąpiło w pierwszych tygodniach tej zimnej wiosny. Taka jest wymowa beznamiętnych liczb. Pierwsza z nich mówi, że PiS, choć próbował wyborcom nieba przychylić, nie zdobył nowych głosów. Wielodzietne rodziny dostały 500 plus z możnością powiększania dochodu, jeśli przyłożą się do prokreacji. Osobom po okresie przekwitania zaoferowano możliwość szybszego przejścia na (jeszcze wypłacaną) emeryturę. Polakom bez zdolności kredytowej przyobiecano lokum z programu "Mieszkanie plus", a wszystkim wyzyskiwanym pracownikom podniesiono pensję minimalną. Partia rządząca starała się znaleźć coś miłego dla niemal każdego. Okraszając to igrzyskami, sprowadzającymi się do wywalania na zbity pysk z państwowych posad każdego, kto nie jest swój, pod hasłem „odrywania od żłobu”. Co powinno dawać satysfakcję tym rodakom, którym do owego żłobu nigdy nie udało się dopchać. Tymczasem sondaże nic.

Poparcie dla PiS, jakie było rok temu, takie jest i dzisiaj – a według niektórych sondaży jest jeszcze gorzej. Za to kamieni wiszących u szyi partii nieuchronnie przybywa. Najcięższym stał się minister obrony. Perypetie młodocianego współpracownika Antoniego Macierewicza z zapartym tchem śledził cały kraj. Napięcie stopniowały kolejne doniesienia mediów o tym, gdzie znów Bartłomiej Misiewicz dostał posadę, a co ważniejsze – z jaką pensją. W pewnym momencie wyglądało to jak nowatorskie połączenie berka z zabawą w chowanego. Minister przerzucał faworyta na coraz to nowe fuchy, dbając, by miał on zawsze dostęp do słoja z miodkiem. Po czym źli ludzie, także z własnej partii, donosili dziennikarzom, gdzie schowano misia. I zabawa zaczynała się od początku, ku rozpaczy pani premier, bo łatwo dawało się dostrzec, do jakiej wściekłości doprowadzają wyborców profity oferowane przez partię młodemu aparatczykowi. Z kolei w mediach narodziła się nowatorska gałąź wiedzy.

Co wprawniejsi misiolodzy tworzyli sprzeczne teorie, co takiego ma w sobie młodzieniec, a nie mają inni pisowscy aktywiści, że minister jest gotów dla niego iść na wojnę ze wszystkimi. Demonstrując, gdzie mu mogą skoczyć premier czy prezydent. Tym, coraz bardziej bezradnym, personom z odsieczą musiał przyjść sam prezes. Ale brutalne oderwanie misia od miodu niczego nie zmienia, bo szefem MON pozostaje Antoni Macierewicz. W swej długiej i bogatej karierze politycznej czasem taktycznie się wycofywał, lecz nigdy nie ustał w wysiłkach, by postawić na swoim. Co gorsza, sztuczki ze schowaniem pana Antoniego przed wyborami już nie da się powtórzyć. Zaś realne zepchnięcie na boczny tor może kosztować PiS otwarty konflikt z twardym zawodnikiem i utratę kilku procent elektoratu. Ot, klasyczna sytuacja bez dobrego rozwiązania.