Większość fachowców od porządnej ręcznej roboty już obsługuje klientów po drugiej stronie tęczowego mostu. A ci, którzy jeszcze są po tej stronie, mają rozpisane zamówienia do 2025 r., ewentualnie zdecydowali się zamienić młotki, nici i kopyta na grzechotki i zabawiają wnuczęta. Swoje dzieci posłali na psychologię, pedagogikę oraz politologię, w związku z czym nie ma kto przejąć ich biznesu.

Ćwierć wieku temu, gdy miałem chomika, zaopatrywałem się w trociny do jego klatki u stolarza, który miał zakład za rogiem. Za pełną siatkę wiórów płaciłem równe zero złotych. Gdybym dzisiaj swojemu potomstwu chciał sprawić gryzonia, to najbliższej stolarni musiałbym szukać pewnie gdzieś w okolicach Mszany Dolnej. Obecnie trociny dostaniecie tylko w sklepie – pięknie opakowane, opisane, ekologiczne. I nie nazywają się już trocinami. To ściółka. Może być kolorowa, pachnieć lawendą albo nie pachnieć wcale, niewykluczone, że da się z niej także zaparzyć herbatę. Wasz chomik będzie w siódmym niebie. I całkowicie bezpieczny, bo zanim wysypiecie mu podłoże do klatki, ludzie w białych fartuchach muszą je przetestować i zbadać, a człowiek w drogim garniturze z unijnymi gwiazdkami wpiętymi w klapę – przyznać mu certyfikat i wbić pieczątkę. Wszystko w trosce o zdrowie wasze, waszych dzieci, zwierząt i przyrody.

Cóż... Obawiam się, że daliśmy sobie wypchać głowy trocinami. Wmówiono nam, że wióry ze sklepu są dużo lepsze niż te ze stolarni, bo odpowiednio je przygotowano i certyfikowano. Że kupienie nowej kanapy z Ikei jest tańsze, bezpieczniejsze i bardziej ekologiczne niż obszycie tej starej. Przekonano nas, że lepiej co miesiąc latać do CCC albo Deichmanna po tanie tenisówki niż mieć jedne porządne buty, w których obcasach od czasu do czasu wymienimy fleki.

Przykro mi bardzo, ale to nie jest tak, że stolarze, tapicerzy i szewcy się na nas wypięli i zniknęli. To my wypięliśmy się na nich. Zamiast naprawiać stare rzeczy, po prostu wyrzucamy je na śmietnik i kupujemy nowe. I już po roku zaczynamy narzekać, jakie to badziewie teraz robią, że kiedyś to było porządnie, a teraz się pruje, marszczy i psuje. Ubrania, meble, pralki, telefony, zabawki, telewizory, odkurzacze, suszarki, tłuczki do mięsa, sztućce, wibratory – przykłady rzeczy, które „kiedyś robiono lepiej”, można mnożyć. Ale chyba najbardziej wyrazistym są samochody. Przyznajcie sami, ile razy słyszeliście taki komentarz: „Kiedyś to się robiło solidne wozy. Pół miliona kilometrów i nic. A teraz to po 100 tys. nadają się na złom”. Rzecz w tym, że to nie koncerny robią nam na złość, produkując bardziej awaryjne auta. Winni jesteśmy my – chcemy, żeby były szybsze, bardziej ekonomiczne, bezpieczniejsze i w dodatku coraz częściej je wymieniamy na nowe. Żadnemu producentowi nie opłaca się robić modeli niezniszczalnych. Jestem przekonany, że mogliby takie projektować, ale to pochłonęłoby za dużo czasu i gotówki. A przecież ma być szybko i względnie niedrogo.

Mój znajomy w przeszłości powtarzał, że nie stać go na kupowanie tanich rzeczy. Wolał dopłacić, ale cieszyć się jakością i długowiecznością. Ale dzisiaj to powiedzenie jest całkowicie nieaktualne. Spójrzcie na Dacię – jej samochody cechują się prostotą i niską ceną, a w rankingach niezawodności zajmują czołowe miejsca. Z drugiej strony wiele aut klasy premium ląduje w dolnej połowie stawki. Są też samochody, o których awaryjności i długowieczności na razie niewiele można powiedzieć, ale można spróbować ocenić, czy są warte swojej ceny.

Weźmy taką Skodę Octavię. Nie mam wątpliwości, że to dobry wóz – nikt inny na rynku nie sprzeda wam technologii Volkswagena, tak przestronnej kabiny i wielkiego bagażnika za tak rozsądne pieniądze. 80–90 tys. zł wystarczy na dobrego i zaskakująco oszczędnego 150-konnego benzyniaka z przyzwoitym wyposażeniem. Auto jest komfortowe, ciche, ma przyjemne, nieźle wykończone i proste w obsłudze wnętrze. To bardzo dobra oferta dla kogoś, kto potrzebuje normalnego, solidnego wozu do jazdy na co dzień.

Mnie jednak Skoda postanowiła podstawić do testów ciut lepszą wersję. Auto miało dwulitrowego diesla, automatyczną skrzynię, napęd na cztery koła oraz napis Laurin & Klement gdzie tylko się dało – na fotelach, błotnikach, progach, desce rozdzielczej i chyba również na tłumiku środkowym oraz wahaczach. A gdyby tylko się dało, Czesi pewnie wytatuowaliby go nawet na tyłku każdego ze 184 koni mechanicznych. Na początku myślałem, że to jakaś para, która wygrała ten egzemplarz w „Tańcu z gwiazdami”, ale okazało się, że Skoda w ten sposób oznacza najwyższą wersję wyposażenia swoich modeli. To taki mercedes zrobiony przez ludzi, którzy piją dużo piwa – ze skórzaną tapicerką, elektrycznymi fotelami, nowatorskimi systemami bezpieczeństwa i świetnym sprzętem multimedialnym, i to łączącym się z internetem. Wiecie, jaka jest cena tak wyspecyfikowanego egzemplarza? Nie, mylicie się. Nie jest to 100, 120, 130 ani 140 tys. zł. To ponad 150 tys. zł! I przykro mi bardzo, ale kupno tego auta to najbardziej debilny sposób, w jaki można się pozbyć takiej gotówki.

Możliwe, że nazwą Laurin & Klement Skoda chciała w jakiś sposób nawiązać do Ralpha Laurena i poczuć się bardziej luksusowo, ale efekt jest idiotyczny. To trochę jak kupić sobie najtańszą koszulkę polo w Lidlu i przyszyć do niej własnoręcznie wydziergane logo przedstawiające gościa pędzącego na koniu i trzymającego w ręku duży młotek. Pozwólcie, że spróbuję wam to przedstawić jeszcze inaczej: L&K to jajko, które Czesi pomalowali na złoty kolor, obsypali brokatem i próbują wmówić światu, że to Fabergé. Przykro mi, ale marka, której logo przedstawia koguta postrzelonego w głowę z łuku, nigdy nie będzie uznana za luksusową. Nawet wtedy, gdy jej wnętrze własnoręcznie obszyją Dolce & Gabbana, i to skórą z nosorożca.

Powtórzę to jeszcze raz: Octavia jest bardzo dobrym autem, ale pod warunkiem że kosztuje 80–90 tys. zł. W wersji za ponad 150 tys. zł to przerost formy nad treścią. Nie znam ani jednego człowieka w pełni władz umysłowych, który stanąłby przy tym aucie, podrapał się po głowie i stwierdził: „To świetny wybór, kupuję!”. Innymi słowy, nie znam żadnego idioty.