Wszystkie te sformułowania mogłyby być punktem wyjścia do rozpalenia i tak gorącego sporu między starą a nową Europą. W dawnej Unii – w której bogaty Zachód dyskontował nudę, a Europa Środkowa, zajęta swoim awansem cywilizacyjnym, nie miała głowy do tego, by stawiać warunki – nawet paradujący nago na przyjęciu u Silvia Berlusconiego premier Czech nie był sensacją. Dziś liczy się każde słowo. Mały szczegół i różnica w tłumaczeniu mogą wywołać – i wywołują – burzę. Wpływają na relacje międzypaństwowe i temperaturę sporów politycznych na naszym kontynencie. Chłodna analiza trzech cytowanych przez "DGP" faktów medialnych pokazuje, jak wielkie znaczenie we współczesnej polityce unijnej może mieć pojedyncze słowo.

Skontaktowaliśmy się ze świadkami spotkania Emmanuela Macrona z przywódcami państw Grupy Wyszehradzkiej, na którym miały paść z jego ust słowa o Zimbabwe. Paryski korespondent "Süddeutsche Zeitung" przekazał nam z kolei autoryzowaną wersję wywiadu z francuskim prezydentem, która dotarła do niego z Pałacu Elizejskiego. Andrew Rettman z portalu EUobserver.com i rzeczniczka Komisji Europejskiej Anna-Kaisa Itkonen pomogli zaś ustalić, jak do tekstu o sprawach unijnych, publikowanego przez renomowaną witrynę, trafiła nieprawdziwa informacja o przyznaniu – także przez Polskę – KE mandatu do rozmów o przyszłości Nord Stream 2. Dalecy jesteśmy od stawiania tezy, że któryś z autorów działał w złej wierze. Zależało nam na odtworzeniu momentu, w którym doszło do zmiany sensu publikacji. Odpowiedzi na pytanie, co z tego wynika dla prasy i czy istnieje unijna wersja kremlowskich "fake news". Tyle że publikowanych nie przez rosyjskie media państwowe, ale przez prestiżowe redakcje starego Zachodu.

Prezydent Francji udzielił wywiadu ośmiu europejskim tytułom: "Gazecie Wyborczej", "Le Figaro", "El País", "Süddeutsche Zeitung", "Corriere della Sera", "Le Soir", "Le Temps" i "The Guardian". Jedynie w dwóch znalazł się fragment o politykach wschodnioeuropejskich, którzy zdradzili: w "Gazecie Wyborczej" i "Süddeutsche Zeitung". W innych jest mowa po prostu o politykach europejskich. Różnica może drobna, ale – zwłaszcza dla zachodnioeuropejskiego czytelnika – istotna. Nie chcąc się wikłać w spór między – jak to określa część publicystów – prasą mainstreamową i prawicową, poprosiliśmy Christiana Wernickego, korespondenta "SZ" we Francji, o udostępnienie nagrania rozmowy z Macronem. Jak odpowiedział, zgodnie z umową z biurem prasowym Pałacu Elizejskiego nie jest uprawniony do publikowania nagrania. Przesłał nam jednak autoryzowaną francuskojęzyczną wersję rozmowy, która była przeznaczona dla "Le Figaro".

Nie ma w niej określenia "wschodnioeuropejscy". Pojawia się termin "pewni przywódcy europejscy" ("certains dirigeants européens”). Fragment "certains dirigeants européens" nie upoważniał do wprowadzenia terminu "wschodnioeuropejscy" (w wersji "SZ" brzmi to "manche politische Führer aus Osteuropa", a "GW" wprowadza "niektórych wschodnioeuropejskich polityków"). Nie upoważniał, ale tylko w wersji autoryzowanej. Jeden z naszych rozmówców sugeruje, że określenie "wschodnioeuropejscy" jednak padło. Miało jednak zostać wycięte przez biuro prasowe Macrona podczas autoryzacji. Francuski prezydent najpewniej zdawał sobie sprawę z siły rażenia tak precyzyjnego zakreślenia grupy krajów, które "zdradziły”.

Dosłowność mogła kosztować odwołanie spotkania z państwami V4. Reguły autoryzacji zaakceptowały "Le Figaro", "El País", "Corriere della Sera", "Le Soir", "Le Temps" i "The Guardian”. Przy swoich wersjach trwały "Gazeta Wyborcza" i "Süddeutsche Zeitung”. Pytanie, czy miały do tego prawo, jest otwarte. Bizantyjski system autoryzacji, który panuje we Francji, nie musi być wystarczającą przesłanką do tego, by pozbawiać dziennikarzy gorącego newsa. Trudno też sobie wyobrazić, że "GW" dogaduje się z "SZ" i razem publikują zmyśloną informację. Zbyt wiele osób brało udział w tej rozmowie. Z drugiej strony nasuwa się pytanie, czy dziennikarz ma prawo ustalać, kiedy głowa państwa się przejęzyczyła, a kiedy rzeczywiście mówiła to, co naprawdę myśli.

W przypadku słynnego Zimbabwe Macrona sytuacja jest o wiele bardziej klarowna. Informację, opublikowaną m.in. w serwisie Deutsche Welle, pod nazwiskiem zdementował polski wiceszef MSZ Konrad Szymański. "DGP" rozmawiał z uczestnikami spotkania francuskiego prezydenta z przywódcami Grupy Wyszehradzkiej. Żaden nie potwierdził, aby w kontekście rozmów o zerwanym kontrakcie na caracale posłużono się porównaniem do południowoafrykańskiego kraju rządzonego przez Roberta Mugabego.

Z jeszcze inną sytuacją mamy do czynienia w przypadku tekstu portalu EUobserver dotyczącego Nord Stream 2. Materiał relacjonował spotkanie unijnych ministrów odpowiedzianych za kwestie energetyczne. Znalazł się w nim cytat rzeczniczki KE Anny-Kaisy Itkonen, który sugerował, że kraje UE – w tym Polska – udzieliły Komisji mandatu negocjacyjnego do rozmów z Rosją w sprawie budowy gazociągu. Tymczasem KE na posiedzeniu dopiero wystąpiła o taki mandat. W międzyczasie sformułowanie "mandat został udzielony" bez wyjaśnienia zniknęło z portalu. Itkonen poinformowała "DGP", że doszło do nieporozumienia, a ona sama zadzwoniła do autora tekstu Andrew Rettmana, aby wprowadził korekty. Rettman w odpowiedzi na nasze pytania przyznał, że się pomylił.

Każda z tych okoliczności jest ważna. O ile przypadek Zimbabwe reprezentuje styl rosyjski (anonimowe źródło przekazujące nieprawdziwą informację), o tyle złą wolę i celowe uprawianie polityki trudno zarzucić sytuacji z wywiadem Macrona czy materiałowi o mandacie do rozmów o Nord Stream 2. Odpowiedź na pytanie o granice ingerencji biura prasowego w wywiadzie z głową państwa nie jest jednoznaczna. Z kolei pomyłki – jak w przypadku Rettmana – się zdarzają. Te trzy przykłady pokazują jednak, jak cienka jest granica między wysokiej jakości informacją a informacją postprawdziwą. I jak łatwo przez przypadek bądź niedopatrzenie wywołać polityczną burzę na skalę kontynentu.