Kim jest symetrysta?
To ktoś, kto zdaniem osoby używającej tego terminu, nie dostrzega fundamentalnych różnic między stronami sporu politycznego.

Bycie symetrystą to coś złego?
Nie, no skąd! Dla wyborcy to tak naprawdę jedyna racjonalna strategia. Jednak mam wrażenie, że to pojęcie stało się pałką na politycznych przeciwników i funkcjonuje raczej jako inwektywa. Osobom, które używają tego terminu, chodzi o sarkazm czy pewien przekąs.

Mimo tego dochodzi do coraz większej liczby coming outów symetrystów.
Część z nich rzeczywiście stwierdzi: Tak, jesteśmy symetrystami i co z tego? Jednak dla wielu spośród tych, którzy symetryzm piętnują, toczy się ostateczna walka dobra ze złem. Kto nie jest z nami, ten jest przeciwko nam. Dla nich każdy, kto ma choćby cień wątpliwości, to zdrajca, którego powinno się od razu postawić "pod ścianą". A skoro nie jest to możliwe, można przeciwnika chociaż poobrażać. Może się zawstydzi i przyłączy do nas. Obie strony sporu z uporem godnym lepszej sprawy twierdzą, że ludzi przekonuje się do siebie, zniechęcając ich do drugiej strony. Efekt może być jednak taki, że zniechęcimy ich do siebie.

Symetryści to faktycznie zupełnie nowa kategoria wyborców?
To, że są wyborcy niezdecydowani, wahający się, nie jest niczym nowym. Wbrew tym, którzy twierdzą, że nie ma się nad czym zastanawiać, są przecież tacy, którzy zostali skutecznie zrażeni do jednej albo do drugiej strony politycznego sporu. Mogą marzyć o trzeciej stronie lub całkowicie odpuścić w myśl słów: jedni są warci drugich, więc niech się żrą. Właśnie takie słowa usłyszała moja znajoma, która próbowała przekonać zamieszkałych w Norwegii Polaków do udziału w naszych wyborach. Nie możemy zapomnieć też o grupie, która jest przyczajona, ukryta - nie jest po niczyjej stronie, czeka, analizuje różne scenariusze. Tacy wyborcy potrafią swobodnie przenosić sympatie polityczne, gdy jedna z opcji popełnia błędy.

Skoro symetryści, niezdecydowani, osoby bez jasno określonej orientacji politycznej, byli zawsze, to dlaczego teraz tak mocno ich się krytykuje?
Może to być strategia - prowokować przeciwników do atakowania tych na środku. Można to odczytać jako wyraz bezsilności: skoro nie umiemy pokazać siebie w dobrym świetle, to pozostaje pokazywanie, że oni są jeszcze gorsi. To najprostszy mechanizm, który jednak nie zawsze działa. Patrząc na sondaże i cały polityczny spór, można odnieść wrażenie, że strategia polegająca na krytyce tych po środku jest samobójcza.

PiS-owi są potrzebni ci wyborcy, którzy znajdują się po środku? A może do wygrania kolejnych wyborów wystarczy mu tylko ten rzekomy twardy elektorat?
To jest mit. Nie istnieje twardy pisowski elektorat, który mobilizuje się na wybory. PiS wygrał w 2015 roku dzięki pozyskaniu nowych wyborców. 40 procent przyrostu głosów w wyborach wynikało z wyciśnięcia więcej z Podkarpacia, ale 60 procent sukcesu to przekonanie do siebie osób spoza matecznika tej partii. Spójrzmy na ostatnie wybory samorządowe. Można porównać wyniki głosowania na burmistrzów z wynikami elekcji do sejmików wojewódzkich. Najwyżej połowa elektoratu PiS głosuje zgodnie w tych samych wyborach, w tym samym dniu, w tym samym mieście. Nie widzi problemu we wskazaniu kogoś innego.

Opozycja twierdzi co innego.
Każdy z polityków chciałby, żeby przeciwnik był bezwzględny i diaboliczny. To zwalnia z odpowiedzialności i ułatwia tłumaczenie przegranej - nie przegraliśmy dlatego, że byliśmy aroganccy i wyborcy się od nas odwrócili, ale dlatego, że PiS zmobilizował wariatów. Problem opozycji polega na tym, że część wyborców waha się między PO, Nowoczesną, SLD etc. I tam jest przepływ elektoratów. PiS-owi udało się skrzyknąć całość.

Pozyskanie niezdecydowanych, symetrystów, będzie kluczowe przy kolejnych wyborach?
Myślę, że tak. Porównajmy wyniki wyborów w 2007 roku do tych z 2015, a także te z 2015 do tych w 2011. Wygrali ci, którzy zdołali poprawić wyniki w miejscach, w których byli słabi, a nie ci, którzy wzmocnili się tam, gdzie i tak byli już mocni. W 2007 roku PO relatywnie więcej zyskała na ścianie wschodniej, niż w Poznaniu i Szczecinie. Natomiast PiS w 2015 roku relatywnie - w stosunku do stanu posiadania - więcej zyskał na Pomorzu Zachodnim niż na Podkarpaciu. Cofnijmy się w czasie. Dlaczego Wałęsa przegrał w 1995 roku? Bo za dużo jeździł do Nowego Sącza, a za mało na Pomorze Zachodnie. I dlatego przegrał z Kwaśniewskim. Bo wybory wygrywa się nie tam, gdzie się jest silniejszym, tylko tam, gdzie nasze notowania są słabsze. I to było źródło jego sukcesu. Na tym polega sukces w wyborach.

To po co krytykować symetrystów? Nie lepiej ich pozyskać?
Obie strony próbują przegrzać ten spór po to, żeby każdy musiał się jasno ustawić. Kiedyś jeden anonimowy internauta swoim komentarzem na moim blogu pomógł mi uchwycić pewien problem. Ten człowiek napisał: Może i pan siedzi na barykadzie, ale sika to pan częściej na jedną stronę. Odpowiedziałem mu: A wie pan, jak sikam na pana stronę, to boli pana to dużo bardziej, a jak sikam na drugą stronę, to pan uważa, że im to się należy. I to jest cały ten mechanizm. Jeśli ktoś faktycznie nazywa kogoś symetrystą, to bardziej świadczy o nim, niż o grupie, którą tak nazywa.

Jak to?
Człowiek, który używa tego określenia, osiągnął już taki poziom zaangażowania w konflikt polityczny, że zaczynają mu przeszkadzać wahający się. To sygnał ostrzegawczy. Przecież my nie toczymy wojny. Na linii frontu, gdy latają prawdziwe kule, nie ma miejsca na wahania. Jednak jeśli w powietrzu latają kalumnie, to naprawdę można się wahać. I tym bardziej wypada to robić. Bo zaangażowani podgrzewają tylko tych już zacietrzewionych, przekonywanie tych niezdecydowanych jest zdecydowanie trudniejsze. Opluwanie innych to pójście na łatwiznę. To w rzeczywistości pokazuje prawdziwy upadek polityki.