A proszę pomyśleć, że o takie odszkodowanie występuje rodzina, której los został boleśnie naznaczony przez zbrodnię patriotycznej, ale zagubionej w powojennej plątaninie partyzantki – nie każdy, którego dopadli żołnierze wyklęci, był kapusiem czy członkiem sowieckich formacji. Wojna partyzancka, zwłaszcza o cechach wojny domowej, zawsze i wszędzie owocuje krzywdą i nieprawością, nie samym bohaterstwem. Wśród rozstrzeliwanych bywali też bezrolni chłopi, którzy wzięli nadział ziemi, albo tacy, którzy uchodzili w okolicy za niepewnych.

Przed wielu laty stanęła w Polsce sprawa odszkodowań niemieckich za jedną z wojennych zbrodni – rozstrzeliwania bohaterskich obrońców Poczty Polskiej w Gdańsku w 1939 r. Wina bezsporna. Pisałem wtedy (w niezapomnianym „Życiu”), że jestem przeciwko tym odszkodowaniom. Jakim przelewem bankowym można spłacać rachunek przelanej krwi? Prędzej rozumiałbym, że państwo polskie próbuje iść z pomocą potomkom poległych za polskie ideały. Niemieckie odszkodowania wydały mi się nie na miejscu.

Jak łatwo się domyślić, nie jestem entuzjastą pomysłu wystawiania Niemcom w 2017 r. rachunku za najazd i zniszczenie Polski kilka pokoleń temu. Przyjmuję do wiadomości, że przypieranie RFN do muru w tej sprawie może nam się opłacić w rozgrywce dyplomatycznej, to znaczy, że, hipotetycznie, załatwimy coś z sąsiadami pod stołem, a na wierzchu Polska nagle przestanie mówić o gotówce za gorliwe pustoszenie II RP. Nawet wówczas trzeba jednak pomyśleć, że po pierwsze, krew to krew, a po drugie – o puszce Pandory z porachunkami polsko-polskimi.