Możecie porównać to do randki z dziewczyną poznaną w internecie – kilka zdjęć i rozmów na czacie sprawiło, że odliczacie każdą minutę do następnego piątku. Kupujecie nową koszulę, cerujecie skarpetki, sąsiadce podbieracie róże z ogródka i rezerwujecie stolik w Pizza Hut. I wreszcie zjawia się ona: zjawiskowo piękna, szczupła, wysoka, elegancka i zadbana. Podchodzi do was krokiem lekkim jak unoszące się na wietrze dmuchawce, uśmiecha się zniewalająco, kusząco poprawia kosmyk blond kręconych włosów opadający niepokornie na aksamitną skórę jej kształtnego nosa i całuje was czule w policzek. Po czym mówi „dzień dobry, kochanie” głosem Jana Himilsbacha. Mniej więcej taki rodzaj rozczarowania towarzyszył mi, gdy bliżej poznawałem auta, za które chwilę wcześniej gotów byłem oddać obie nerki.

Te doświadczenia sprawiły, że do volkswagena arteona podchodziłem z dużą rezerwą. Gdy zobaczyłem go po raz pierwszy, na tegorocznym salonie w Genewie, byłem wręcz oczarowany. Postanowiłem jednak wstrzymać się z okazywaniem uczuć do czasu pierwszego testu. Dziś mogę już powiedzieć z pełną odpowiedzialnością: arteon jest piękny. Wiem, że „piękny volkswagen” brzmi równie niedorzecznie i fałszywie jak „udana aukcja koni w Janowie”, ale uwierzcie mi: na zwykłej ulicy to auto prezentuje się jeszcze lepiej niż na salonowym, wyłożonym egzotycznym drewnem standzie, gdy jest oświetlone halogenami o mocy zdolnej stopić całą Antarktydę. Zdarzało mi się jeździć znacznie bardziej luksusowymi, droższymi, wręcz egzotycznymi modelami, ale żaden z nich nie robił na drodze takiej furory, jak arteon. Ludzie potrafili celowo doganiać mnie na autostradzie, żeby zrobić zdjęcie. Albo podjeżdżali na skrzyżowaniu i w geście uznania unosili kciuk do góry.

Nie będę w tym miejscu opowiadał wam o przetłoczeniach błotników, nisko poprowadzonej linii dachu czy nawiązaniach stylistycznych do owadów, ryb, figur geometrycznych i erotycznych. Po prostu się na tym nie znam. Ale mogę wam zdradzić, że w tygodniu, gdy nim jeździłem, z przyjemnością (i ku ogromnemu zaskoczeniu mojej żony) zmywałem w domu naczynia. I to pasjami. Jadłem, żeby tylko pobrudzić talerze, i kłamałem, że skończyły się tabletki do zmywarki. A to wszystko dlatego, że zlew mamy umieszczony dokładnie przy oknie, zaś zaraz po jego drugiej stronie znajduje się podjazd do garażu. Zachowywałem się co najmniej tak, jakby stała na nim Keira Knightley. Naga. I puszczała do mnie oczko.

Jeśli chodzi o wnętrze arteona, to jest to klasyczny passat. Tak pod względem stylistyki, jak i materiałów – wszystko jest po niemiecku uporządkowane, bardzo dobrze zmontowane i przyjemne w dotyku. Ale ten, kto twierdzi, że to jest już klasa premium, ten prawdopodobnie widział audi tylko w katalogu. Bo do najnowszego A4 czy A5 arteonowi jeszcze trochę brakuje. Najdobitniejszym tego przykładem są przyciski sterowania klimatyzacją, które w audi spasowano z nieprawdopodobną wręcz precyzją i które pracują miękko, bezgłośnie, wręcz arystokratycznie. Dotykacie ich i wiecie, że zadbali o nie ludzie, którzy ogromną wagę przywiązują do szczegółów. I którzy w poprzedniej pracy zajmowali się rozszczepianiem jądra atomu. Tymczasem w VW przyciski są... To po prostu przyciski. Zrobili je ludzie, którzy od zawsze zajmują się robieniem przycisków.

Skoro we wnętrzu jesteśmy, to zapewne zainteresuje was fakt, że arteon ma wydłużoną płytę podłogową passata, w związku z czym jest tu tyle miejsca, co w klasie biznes A380. Przynajmniej na nogi, barki i ręce, bo jeżeli mierzycie ponad 190 cm wzrostu, to będziecie walili głową w sufit. Nie wykluczam, że jeżeli zrezygnujecie ze szklanego otwieranego dachu, będzie ciut lepiej. Ale głowy uciąć sobie nie dam.

W testowanym egzemplarzu pod maską pracowała topowa jednostka 2.0 TSI o mocy 280 koni, pożeniona z siedmiobiegowym automatem DSG i napędem na cztery koła 4motion. Dane podawane przez producenta sugerują, że możecie liczyć na sporo dobrej zabawy: 5,6 sekundy do setki i maksymalnie 250 km/h. Do tego tryb sportowy zawieszenia, układu kierowniczego, wydechu i skrzyni biegów. Nie ulega wątpliwości, że arteon ma mięśnie i kondycję atlety. Problem w tym, że nie ma jego charakteru. Zwyczajnie nie chce mu się ścigać z innymi, biegać co chwilę na siłownię. Wciskacie tu gaz i czujecie, że owszem, zawodnik zbiera się całkiem żwawo do biegu, ale jednocześnie odnosicie wrażenie, że robi to na siłę. Że wolałby w tym czasie spacerek, ewentualnie postać sobie na podjeździe i poudawać panią Knightley. Do tego w trybie komfortowym jego silnik brzmi równie bezpłciowo i tanio jak 125-konny 1,4 TSI, a w sportowym zmienia się jedynie tyle, że część z 280 koni dostaje kataru i lekko chrypi.

Nie zrozumcie mnie źle. Arteon w tej wersji potrafi być naprawdę szybki, pewny siebie, precyzyjny w prowadzeniu, wystarczająco twardy, żeby szybko i bezpiecznie pokonać dowolny zakręt, ale jednocześnie na tyle komfortowy, byście zapomnieli o wszelkich niedoskonałościach drogi. Tyle że sprawia wrażenie, jakby był do tego wszystkiego zmuszany siłą. Niech najlepszym podsumowaniem będzie fakt, że wcisnąłem tu gaz w podłogę tylko raz. Nie żartuję. Przez cały tydzień tylko raz jeden, jedyny sprawdziłem osiągi tego wozu. Przez pozostały czas wolałem jeździć nim jak najtańszym passatem 1,4 TSI, spalając średnio bardzo rozsądne 7,5 litra benzyny na setkę i przemierzając łącznie ok. 800 km.

W takich warunkach przydają się systemy umożliwiające półautonomiczną jazdę – arteon sam przyspiesza, hamuje, utrzymuje się na pasie ruchu (także na autostradowych łukach), a po wykryciu, że już usnęliście, sam bezpiecznie zjeżdża na pas awaryjny i się zatrzymuje, żebyście mogli dokończyć drzemkę. Gdy tych systemów nie dezaktywujecie całkowicie, będą działały, także gdy jesteście wyspani, trzeźwi i trzymacie pewnie kierownicę. Moja żona pewnego dnia wróciła do domu i powiedziała, że nie lubi tego auta, bo ono z nią walczy i próbuje przejąć nad nią kontrolę. Głupi VW, mnie się to nie udało od pięciu lat, a on myśli, że zrobi to w pięć minut.

Gdy następnego dnia, na życzenie mojej lepszej połowy, wyłączyłem wspomagacze, a po paru dniach zapytałem, jak jej się arteon podoba, odparła tylko: „Jest piękny”. Nic więcej nie dodała, czym utwierdziła mnie w przekonaniu, że mam rację. Ten samochód jest jak piękna dziewczyna, która obezwładnia urodą, jest inteligentna, dobrze wychowana etc., ale po pierwszej randce dochodzicie do wniosku, że czegoś jej brakuje. Jest po prostu jak wypchana Keira Knightley – piękny, ale bez serca i bez duszy.