W filmie „Sztuka kochania”, opowiadającym historię lekarki Michaliny Wisłockiej, są śmieszno-straszne sceny, gdy główna bohaterka próbuje przekonać partyjnych bonzów do wydania swojego popularnonaukowego podręcznika dotyczącego życia seksualnego. Panowie, w wieku różnym, o aparycji także, przez latach znajdowali miliony powodów, by książki nie wydać. Bo o seksie. Bo temat kontrowersyjny. Bo po co to komu. Zestaw podręcznych wymówek stworzonych właśnie na takie okazje, gdy jakiejś przebojowej, wygadanej pańci wymarzy się podważać zastany porządek. Książka po latach starań w końcu ukazała się w 1978 r. i do dziś sprzedano siedem milionów egzemplarzy.

Ale najistotniejsze jest to, że w zasadzie możemy sobie wyobrazić dokładnie takie same rozmowy prowadzone dziś. Pewnie już nie dotyczące pozycji książkowej, ale choćby kontrowersyjnego przedstawienia teatralnego. Albo filmu. Albo projektu badawczego. Nie dlatego, że nic się w Polsce od lat 70. nie zmieniło, ale dlatego, że jesteśmy społeczeństwem, które ma wewnętrzny opór przed nowym. To dlatego lewicy w Polsce idzie tak źle.

Michnik miał rację. Ale przegrał

Całe lata 90. Adam Michnik i jego "Gazeta Wyborcza” ostrzegali przed prawicowymi demonami. Trzeba trzymać je na łańcuchu, bo jeśli tylko spuścimy je ze smyczy, już ich nie okiełznamy, pisali. Prawica wściekała się, zgrzytała zębami, szydziła i wyśmiewała, ale Michnik był w swoim osądzie niewzruszony. Pewnie dużo było w tym indywidualnej i rodzinnej pamięci, okres międzywojenny i antysemicka nagonka z 1968 r. dawały mu inną perspektywę. Za ostrzeżeniami i werbalną oraz polityczną walką z radykalną prawicą szła pozytywistyczna praca u podstaw. Dokładnie: lewicowa. "Gazeta", która w latach 90. rozstawiała polityków po kątach, prowadziła kampanie społeczne, akcje i cykle, mające społeczeństwo popchnąć do przodu. Jedni mówili: wychować, inni: zmanipulować, chodziło jednak o to samo - by zrealizować lewicowy projekt "inżynierii społecznej". Termin z wieloma negatywnymi konotacjami, ale przecież nic w tym dziwnego, że elity próbują edukować (albo, jak to woli, modelować) społeczeństwo. Robią to od wieków.

To za sprawą "Wyborczej" w polskiej debacie rozpowszechniła się językowa poprawność polityczna i przestaliśmy używać słowa "Cygan", a zaczęliśmy mówić "Rom". To ona wprowadziła na salony tematykę praw osób homoseksualnych, to ona piętnowała nacjonalizm, to w końcu ekipa Adama Michnika rozpoczęła walkę o prawa kobiet i bezpośrednio przyczyniła się do rozpropagowania feministycznej perspektywy, choćby swoim sobotnim dodatkiem "Wysokie Obcasy".