Podsekretarz stanu zamawia samolot, którym poleci na ważne wydarzenie do Zachodniopomorskiego. Na miejscu spotkania przedłużają się o kilka godzin. Polityk za pośrednictwem swoich ludzi pyta pilota, czy uda się opóźnić powrót do stolicy. Oficer odpowiada, że nie da rady. Jeśli przedłuży czas swojej pracy nawet o kilka godzin, nazajutrz nie będzie mógł zasiąść za sterami maszyny. Tymczasem musi gdzieś polecieć ze swoim dowódcą. Staje przed dylematem, komu odmówić. Politykowi czy swojemu bezpośredniemu przełożonemu? Pierwszy, dopóki jest na stanowisku, może mu zaszkodzić w karierze. Drugi decyduje o wielu prozaicznych sprawach: począwszy od zgody na urlopy, a skończywszy na awansach.

Druga historia jest nieco lepiej opisana w prasie. Do ważnego dowódcy, który dysponuje wojskowymi casami, zgłasza się wiceminister, który dopiero co objął stanowisko. W Brukseli był zamach terrorystyczny. W związku z nim zaplanowano spotkanie szefów MON Unii Europejskiej. Minister musi tam być za kilkanaście godzin. Niestety, okazuje się, że 38-milionowe państwo nie ma ani jednej wolnej maszyny, z której mógłby skorzystać wiceszef kluczowego resortu. Dochodzi do słownych przepychanek, a do prasy wycieka wersja o młodym polityku, który dopiero co wszedł do MON, a już zaczyna się wozić.

Z obydwu wydarzeń płyną ważne wnioski. Okazuje się, że nadal nie udało się wyeliminować kontaktu między politykiem i pilotem w sytuacji, gdy VIP chce wprowadzić zmiany w rozkładzie lotu. Wydarzenie z Zachodniopomorskiego i tak nie było toksyczne. Nikt nikogo nie szantażował. Nie było niebezpieczeństwa. Niemniej jednak pilot nie powinien mieć dylematu, wobec kogo należy się bardziej wykazać. W przypadku opisywanego przez nas urzędnika nie było klasycznego "naciskowa". Nie ma jednak żadnej gwarancji, że inny polityk nie pozwoliłby sobie na znacznie więcej. W takich sytuacjach musi działać automat, który kontakt pilot – VIP eliminuje do zera.

W takim kierunku idą rozwiązania, nad którymi pracuje MON. Jak pisaliśmy w DGP, przy stacjonującej na Okęciu 1. Bazie Lotnictwa Transportowego ma zostać powołane Centrum Operacyjne (CO), które w porozumieniu z pilotem będzie decydowało, jaki jest margines ewentualnych zmian. To do CO spłynie prośba polityka, a nie do dowódcy maszyny. W ten sposób pilot nie będzie stawiany przed szkodliwym dylematem.

Drugi opisany przypadek daje równie wiele do myślenia. Nerwowe poszukiwanie samolotu, którym minister mógłby polecieć do Brukseli było żałosne. Ośmieszało Polskę i wystawiało fatalne świadectwo tym, którzy odpowiadali za lot od strony organizacyjnej. W przyszłości takie sytuacje nie mogą mieć miejsca. Najważniejsze osoby w państwie mają prawo oczekiwać, że w sytuacjach nadzwyczajnych maszyna będzie gotowa natychmiast. Niezależnie od tego, czy chodzi o wyjazd na spotkanie ministrów do Brukseli, czy też prośba jest efektem nadlatującego nad Polskę rosyjskiego iskandera w wersji M.

W MON na finale są prace nad zmianami w instrukcji o lotach najważniejszych osób w państwie. Pomysły wiceministra Bartosza Kownackiego, oprócz powołania wspomnianego Centrum Operacyjnego, zakładają rezygnację z usług LOT-u i odbudowę struktury podobnej do 36. Pułku Specjalnego. Można je różnie recenzować. Należy jednak docenić, że ktoś w końcu w miarę poważnie próbuje uporządkować system, w którym – ponad siedem lat po katastrofie smoleńskiej – wciąż są luki. Od drobnicy, takiej jak wpisanie do instrukcji Head przez ministra Tomasza Siemoniaka nieistniejącego w Polsce stanowiska pierwszego wicepremiera (nie ma go ani w konstytucji, ani w ustawie o Radzie Ministrów), do znacznie poważniejszych problemów, takich jak brak mechanizmu eliminującego kontakt VIP-a z pilotem. Kownacki przynajmniej próbuje coś z tym zrobić. Próbuje wyrzucić te słynne drzwi od stodoły, na których rzekomo może latać polski pilot. Niezależnie od barw politycznych, sympatii czy antypatii, należy mu kibicować.