Na początku czułem mrowienie na samą myśl o tym, że w środę wsiądę do fiata punto, a w kolejny wtorek do opla corsy. Jarałem się samochodami jak trzylatek Kinder Niespodzianką. A jak dostawałem coś lepszego, choćby passata, to tydzień nie widzieli mnie w domu – spałem, jadłem, piłem i prowadziłem życie towarzyskie w samochodzie. Ale z biegiem czasu zobojętniałem. Dziś samochody traktuję jak skarpetki – po prostu zakładam je rano, a wieczorem wrzucam do kosza z brudną bielizną. Nie obchodzi mnie to, jakiego są koloru, z jakiego materiału je zrobiono ani czy noszą już oznaki przetarcia na piętach. Wiecie dlaczego? Bo w gruncie rzeczy wszystkie są takie same. To po prostu skarpetki.

Dawniej o autach bmw mogłem z czystym sumieniem napisać, że świetnie się prowadzą, o mercedesach, że są komfortowe, o audi – że zaprojektowano je z myślą o ludziach, którzy nie wiedzą, na co się zdecydować: bmw czy mercedesa. Natomiast gdybyście dzisiaj zapytali mnie, co warto kupić – bmw, audi czy mercedesa – odpowiedziałbym zupełnie szczerze, że bmw, audi albo mercedesa. Bo tak naprawdę to, u kogo zostawicie te swoje tysiące, nie ma najmniejszego znaczenia. W dzisiejszych zglobalizowanych, korzystających pełnymi garściami z outsourcingu czasach zdecydowana większość aut jest taka sama.

Owszem, różnią się linią dachu, kolorem karoserii, jedne mają światła do jazdy dziennej w kształcie bumerangu, podczas gdy u innych przywodzą one na myśl jelito grube, ale praktyczne różnice są minimalne. Samochody podobnej klasy mają silniki o podobnej mocy, są tak samo komfortowe i bezpieczne, palą tyle samo, w zbliżony sposób się prowadzą. I naprawdę, z punktu widzenia zwykłego użytkownika nie ma najmniejszego znaczenia, który z nich wybierzecie. Owszem, zdarzają się wyjątki, jak kia stonic, o której pisałem w ubiegłym tygodniu. Jednak ich „wyjątkowość” nie polega na tym, że są znacząco lepsze niż konkurenci. Przeciwnie, rywale stonica nie są gorsi od niego. Są jednak zauważalnie drożsi. A to sprawia, że kia jawi się jako najrozsądniejsza propozycja na rynku w swojej kategorii. Pytanie, czy „najrozsądniejsze” w świecie motoryzacji oznacza „najlepsze”. Po teście volkswagena amaroka mam co do tego wątpliwości.

Amarok z punktu widzenia zwyczajnego kierowcy jest jeżdżącym antonimem słowa „rozsądny”. Wielki, siermiężny, pozbawiony technologicznych wodotrysków, drogi, nie ma normalnego bagażnika, większość materiałów, z których zrobiono wnętrze, jest twarda jak zeschnięte kabanosy, oparcie tylnej kanapy ustawiono pod kątem niemal 90 stopni, a parkowanie to prawdziwa udręka. Owszem, wierzę, że są ludzie, którzy potrzebują takiego wozu. To np. geodeci, tynkarze, hydraulicy, architekci czy rolnicy. Czyli wszyscy, którym duży pick-up z napędem na cztery koła z pewnością ułatwia pracę. I w ręku których będzie narzędziem – takim samym jak młotek czy widły. Mówiąc krótko, wy amaroka prawdopodobnie nie potrzebujecie. Ja też nie. A mimo to autentycznie zapragnąłem go mieć. Bo to pierwsze od naprawdę długiego czasu auto, które wzbudziło we mnie jakieś uczucia.

Zacznijmy od wyglądu. Nie ulega wątpliwości, że współczesne auta są po prostu ładne. Mniej więcej w taki sam sposób, jak ładny jest David Beckham – to wymuskane, wystylizowane produkty ubrane przez dział marketingu w idealnie skrojone garnitury, z nałożonym kremem pod oczy, żelem wtartym w grzywkę i policzkami wypełnionymi kwasem hialuronowym. Amarok na ich tle jest Clintem Eastwoodem – facetem z cerą pomarszczoną jak orzech włoski, bliznami, wysokim czołem i resztkami włosów ułożonymi przez wiatr w coś na wzór zdeptanej kępki trawy. Ma na sobie wyraźnie nadgryzioną zębem czasu dżinsową koszulę, która idealnie komponuje się z jego wyrazem twarzy mówiącym: „Spróbuj tylko otworzyć usta, a uduszę cię twoimi własnymi jajami”. Zaś zza pazuchy wystają mu magnum 44 i piersiówka. Właśnie taki jest pick-up Volkswagena – po prostu męski.

Wsiadając do niego, odruchowo sięgałem po papierosa. Wydawało mi się po prostu, że palenie świetnie do niego pasuje. Oczami wyobraźni widziałem Darrella Hugh Winfielda na koniu ćmiącego swojego marlboro. Czułem się wyższy, silniejszy, pewniejszy siebie i groźniejszy. Powiecie, że nie ma w tym nic dziwnego, zważywszy, że amarok ma rozmiary wiejskiego domku. Ale toyota land cruiser V8 jest jeszcze większa, a mimo to nie czułem się w niej jak Brudny Harry. Raczej byłem zagubiony jak Harry Potter pierwszego dnia w Hogwarcie.

Najlepszym dowodem na to, jak bardzo spodobało mi się to auto, niech będzie fakt, że wolałem jeździć nim niż 400-konnym audi TT RS, które na mnie czekało. To zasługa nie tylko jego wyjątkowego wyglądu i charakteru, ale także zaskakująco dobrego silnika, skrzyni i zawieszenia. Sześciocylindrowy 224-konny diesel wersji Aventura rozpędzał dwutonowego mastodonta do setki w niecałe 8 sekund i przyjemnie przy tym sapał. Całość prowadziła się zaskakująco pewnie nawet przy wysokich autostradowych prędkościach, tył nie uciekał na boki, a do tego było po prostu cicho i komfortowo. Szczerze mówiąc, wiele znanych mi SUV-ów jeździ znacznie gorzej. A w terenie żaden z nich nie potrafi połowy tego, co amarok. Pojechałem nim do starej piaskarni, którą dwutygodniowe opady deszczu zamieniły w bagno, i wierzcie mi – już dawno nie bawiłem się tak dobrze. Co prawda musiałem później spierać zawartość żołądków moich dzieci z tapicerki, ale to naprawdę niewygórowana cena za taką frajdę. Trójka moich pociech jest zresztą tego samego zdania. I pytają, kiedy znowu to fajne auto stanie na naszym podjeździe, kiedy znowu wywieziemy nim stare meble na wysypisko (tak, zrobiliśmy to) oraz poszalejemy w terenie.

Amarok nie jest ani najlepszym samochodem, ani najlepszym volkswagenem, jakim jeździłem. Ale bez dwóch zdań jest najfajniejszy. To pierwsze od bardzo długiego czasu auto, do którego kluczyki oddawałem z takim żalem i smutkiem, jakbym zostawiał w schronisku dwumiesięcznego szczeniaczka labradora. Po prostu pick-up Volkswagena ma to, czego brakuje zdecydowanej większości współczesnych samochodów – charakter. A on jest znacznie cenniejszy niż zdrowy rozsądek.