Chicago – a właściwie tamtejszy uniwersytet – przez kilka dekad nadawało ton naukom gospodarczym. Rzecz nie tylko w liczbie pochodzących z tej uczelni laureatów rozmaitych nagród, chodzi również o ich wpływy. Bez szkoły chicagowskiej nie byłoby reaganomiki, thatcheryzmu oraz clintonowskiej deregulacji sektora finansowego, trzeciej drogi Blaira i Schroedera. Krótko mówiąc – nie byłoby neoliberalizmu.

Szkoła zaczęła się tworzyć w 1946 r., gdy do Chicago przyjechał Aaron Director, który objął wydział prawa i spraw publicznych. Zafascynowany Hayekiem ekonomista zaczął ściągać podobnych sobie naukowców. Przekonanych, że rynek prowadzi do lepszej alokacji zasobów ekonomicznych niż keynesowskie (faszystowskie, komunistyczne) aktywne państwa. Pierwszym nabytkiem Directora był jego szwagier Milton Friedman. A potem już poszło – Gary Becker, Ronald Coase, Eugene Fama, Robert Fogel, Robert Lucas czy George Stigler. Każdy z nich zakotwiczył w końcu w Chicago, a potem (prędzej czy później) dostał ekonomicznego Nobla. Tak wykuwała się szkoła chicagowska, która rychło stała się intelektualnym zapleczem dla wielu polityk publicznych składających się na neoliberalizm. Nurt ten był początkowo (lata 70. i 80.) anglosaską kontrą wobec „nudnej” zachodnioeuropejskiej socjaldemokracji i komunistycznego wroga zza żelaznej kurtyny. Po upadku bloku wschodniego neoliberalizm wszedł w fazę imperialną. Stał się dogmatem wyznawanym od Waszyngtonu po Władywostok.

Na tym tle Richard Thaler z pozoru wydaje się odmienny. Choć pracuje w Chicago (od 1995 r.), to podkreśla się jego związki z ekonomią behawioralną. A więc tą mieszanką ekonomii z psychologią, która zrobiła wiele, by podważyć tezę o niewidzialnej ręce rynku czy też o perfekcyjnie racjonalnym homo economicusie, na których to fundamentach neoliberałowie wznosili potem wolnorynkowe katedry. Nie znaczy to jednak, że Thalera należy traktować jako szczególnego kontestatora dorobku starszych kolegów. Dużo celniej byłoby powiedzieć, że wszedł on na górę po podstawionych przez Friedmana, Beckera czy Coase’a drabinach. A potem popatrzył w dół i dostrzegł, że dorobek całej tej szkoły dosłownie wisi w powietrzu.

Nie znaczy to, że Thaler i jego ekonomia behawioralna pozwalają na skuteczne rozprawienie się z neoliberalnymi dogmatami. Dobrze to widać, jeśli czyta się być może najważniejszą pracę Thalera napisaną do spółki z Cassem Sunsteinem. Tekst ma tytuł „Libertariański paternalizm” i pochodzi z 2003 r. W 2008 r. obaj panowie zrobili z tego bestsellerową książkę „Nudge”. W której zakochali się przywódcy ostatniego neoliberalnego pokolenia: Barack Obama czy David Cameron. W pewnym sensie również Michał Boni, uchodzący za czasów pierwszej Platformy za „mózg Donalda Tuska”.

Koncepcja libertariańskiego paternalizmu zakłada pewien sceptycyzm wobec skuteczności czysto rynkowych mechanizmów. Dostrzega rolę dla sprytnego regulatora (państwo), który delikatnymi „szturchnięciami” (ang. nudge) popycha uczestników rynku we właściwą stronę. Na przykład w kierunku tego, by odkładali pieniądze na emerytury. Z drugiej strony trzeba zauważyć, że cały pomysł na nudge jest nakierowany na osiągnięcie bardziej efektywnego rynku. A nie – na przykład – bardziej sprawiedliwego społeczeństwa. Trudno też nie zauważyć, że jest to koncepcja na wskroś elitarystyczna i technokratyczna.

W tym sensie Thaler nie jest tak znowu odmienny od Friedmana, Beckera albo Stiglera. Jest ich synem – i to nawet nieszczególnie zbuntowanym.

Tymczasem w światowej ekonomii trwa jednak wielka fronda przeciwko neoliberalnym dogmatom. Nawet w samym Chicago dzieją się nowe rzeczy. Ton nadają tam dziś tacy ekonomiści jak choćby Luigi Zingales, którzy szukają odpowiedzi na pytania o przyszłość kapitalizmu kompletnie gdzie indziej niż stara chicagowska gwardia.ⒸⓅ

Koncepcja libertariańskiego paternalizmu zakłada pewien sceptycyzm wobec skuteczności rynkowych mechanizmów. Dostrzega rolę dla sprytnego regulatora (państwo), który delikatnymi „szturchnięciami” popycha uczestników rynku we właściwą stronę