Emocjonalnie antyniemieckie wypowiedzi niektórych przedstawicieli partii rządzącej idą w parze z nakręcaniem niechęci wobec Berlina przez państwową telewizję oraz obsesyjnymi czasem atakami na Niemcy na łamach części prorządowej prasy. O płytkiej antyniemieckości pisał niedawno w "DGP "Piotr Maciążek. Szkoda, że w dalszych wywodach także on sięgnął po retorykę zaklinającą mityczne polsko-niemieckie pojednanie.

Z drugiej strony działacze opozycji i komentatorzy wrogo lub niechętnie nastawieni wobec obozu sprawującego władzę traktują każdą próbę zweryfikowania kondycji polsko-niemieckiego partnerstwa jako zamach na świętość. Pojawiają się rytualne odwołania do listu polskich biskupów z 1965 r., do mitu pojednania czy znaku pokoju przekazanego w 1989 r. przez kanclerza Helmuta Kohla premierowi Tadeuszowi Mazowieckiemu w Krzyżowej.

Nie mam zamiaru pisać o rzekomej symetrii między tymi dwiema postawami. Wbrew popularnemu porzekadłu rzadko się zdarza, by prawda leżała pośrodku. W tym przypadku obraz zaciemnia postawa dużej, może nawet przeważającej części ekspertów i komentatorów specjalizujących się w problematyce niemieckiej. Słusznie ubolewają oni, że relacje między dwoma państwami pogarszają się od schyłku 2015 r. i obecnie są dalekie od sielankowego (przynajmniej na zewnątrz) stanu stosunków wzajemnych w okresie premierostwa Donalda Tuska i Ewy Kopacz. Tyle tylko że gdy czytam, jak to Polska wraz z Niemcami i Francją wpływała do 2015 r. na politykę UE, ogarnia mnie niejaki frasunek.

Apele, by relacje z Berlinem były jak najlepsze, są typowe dla niektórych środowisk eksperckich. To fetyszyzowanie stosunków z Niemcami zdaje się zastępować poważniejszą refleksję na temat zbieżności i różnic interesów RFN i Polski. Jak najlepsze stosunki z Niemcami nie mogą być celem samym w sobie, lecz narzędziem, za pomocą którego można realizować interesy.

Jednym z najnowszych przykładów skrajnej jednostronności w przedstawianiu i interpretowaniu relacji Warszawa – Berlin stał się raport polsko-niemieckiego konwersatorium znanego jako Grupa Kopernika, składającego się z naukowców i dziennikarzy z obu krajów. Aktualny skład tego powołanego w 2000 r. gremium nie jest znany, dokument podpisali dr Kazimierz Wóycicki oraz prof. Dieter Bingen, obecny szef założonego w 1980 r. Deutsches Polen-Institut w Darmstadt. Projekt był przez kilkanaście lat wspierany przez niemiecką Fundację Roberta Boscha. Nie wiem, kto obecnie finansuje Grupę.

W opublikowanym w sierpniu dokumencie podsumowano refleksje uczestników ostatniego spotkania Grupy. Winą za pogorszenie stosunków polsko-niemieckich obciąża się wyłącznie rząd w Warszawie. W memoriale słusznie się podkreśla, że obecne rządy Polski i Niemiec różnią się "w podejściu do pilnych wyzwań polityki międzynarodowej", ale dalsze wywody nie pozostawiają złudzeń co do politycznych i ideologicznych sympatii autorów.

Dokonana przez Grupę Kopernika ocena sytuacji wewnętrznej w Polsce i zachodzących w kraju zmian ("demonstracyjne kwestionowanie zasad demokracji", "odmienna ocena zasad wolności mediów, nauki i kultury" itd.) mogłaby śmiało znaleźć się w przemówieniu któregoś z liderów Platformy Obywatelskiej czy Nowoczesnej. Z kolei to, co się dzieje w Polsce, wywołuje w Niemczech po prostu "troskę i zaniepokojenie". Tak jakby niemieckie media nie były wypełnione jednostronnymi, niekiedy absurdalnymi czy nawet zmanipulowanymi relacjami znad Wisły.

Eksperci Grupy nie szczędzą zarzutów pod adresem polskiego rządu. Wielce naganna staje się zatem sympatia dla administracji Donalda Trumpa ("oparta na rzekomym ratowaniu wartości chrześcijańskich i cywilizacji Zachodu"), ale też brak „otwarcia się na migrantów pochodzących z innych kultur” czy powściągliwość w sprawie przystąpienia do strefy euro. Nawet reforma szkolnictwa polegająca m.in. na likwidacji gimnazjów okazuje się w tym ujęciu ciosem zadanym w dobre stosunki polsko-niemieckie, gdyż... może utrudnić wymianę dzieci i młodzieży.

W tym ujęciu zasadniczym grzechem Polski jest to, że nie dostosowuje strategii i polityki zagranicznej do Niemiec (i Francji). Zdaniem Grupy to po stronie Polski leży wina, że oba nasze kraje w przyszłości „należeć będą do obozów w Europie różnych prędkości, a to będzie miało bezpośrednie negatywne skutki dla sąsiedztwa polsko-niemieckiego”. Trudno o lepszą ilustrację postrzegania roli Polski w Europie jako kraju mogącego realizować interesy, wyłącznie opierając się na Niemczech. Eksperci zamykają oczy na przypadki lekceważenia przez Berlin polskich interesów i ugruntowujące się nad Szprewą protekcjonalne traktowanie słabego i ubogiego sąsiada.

Także dyskutowana od niedawna sprawa należnych, a odebranych Polsce niemieckich reparacji wojennych wywołała głosy sprzeciwu części środowisk, postrzegających ten problem wyłącznie jako czynnik psujący stosunki bilateralne. Wspomniany wyżej dr Wóycicki pisał, że przypominanie o reparacjach "budzi najpoważniejsze wątpliwości z punktu widzenia polskiej racji stanu", gdyż "Berlin stoi na jednoznacznym stanowisku odmowy płacenia Polsce”, co niejako naturalną koleją rzeczy doprowadzi do pogorszenia relacji z RFN. Mało tego: domaganie się od Niemców zadośćuczynienia za zbrodnie i zniszczenia okresu wojny "nie służy pokojowi i pojednaniu", "prowokuje po obu stronach złe emocje" i dlatego "z założenia jest działaniem niemoralnym”.

W znanej anegdocie Tadeusz Boy-Żeleński opatrzył swój przekład "Rozprawy o metodzie” Kartezjusza opaską z napisem "tylko dla dorosłych". Również przeszły, obecny i przyszły kształt stosunków z Berlinem warto analizować w sposób dojrzały, wolny zarówno od antyniemieckich obsesji, jak i infantylnego przywiązania do "retoryki pojednaniowej". To, że Niemcy są Polsce potrzebne chociażby z powodów geopolitycznych, nie ulega wątpliwości. Polska jednak nie może przyzwyczajać się do roli łatwego i w związku z tym lekceważonego partnera.