Klara Klinger: Okno życia jest anonimowe?

Jacek Przesmycki*: Nasze takie jest. Moim zdaniem to podstawowa zasada działania takich okien.

W Olsztynie (gdzie kilka dni temu matka zostawiła w oknie życie dwoje dzieci), jak się okazuje, nie było. Policja dotarła do matki. Co mówią przepisy?

W przypadku okien życia nie ma jakichś jednolitych przepisów, jest pewna umowa społeczna. Mówi ona o tym, że okno jest anonimowe, by ktoś, kto zostawia dziecko, mógł to zrobić bez wstydu. I żeby nie ponosił konsekwencji - ani społecznych, ani żadnych innych. A wszystko w jednym celu: żeby dzieci nie były wyrzucane w lesie, na śmietnik czy topione. Tak się przecież dzieje. Stąd idea, żeby ktoś - nie wnikając w kierujące nim powody - mógł to zrobić i nie musiał się przed nikim tłumaczyć.

A jak ktoś wykradnie dziecko i zostawi w oknie? Albo zmusi matkę, żeby je oddała? Takich sytuacji może być wiele.

Oczywiście, że tak. Ale to wyjaśnia policja. Tyle że nie poprzez docieranie do rodziców, a np. sprawdzenie, czy nie pojawiły się zgłoszenia o uprowadzeniu, zniknięciu dziecka. Ma na to swoje metody. My na pewno nie udostępniamy żadnych danych, które mogłyby naprowadzić na ślad, kto zostawił dziecko w oknie życia.

Monitorujcie to miejsce?

Nie. Uważaliśmy, że to będzie zaprzeczenie idei anonimowości i zniechęci do wykorzystywania okna. Okno jest na rogu naszego budynku, przy dość ruchliwej ulicy. Paradoksalnie to miejsce sprawia, że można zostawić i pójść dalej.

Skąd wiadomo, że jest tam dziecko?

To proste - kiedy ktoś otworzy okno i włoży coś do koszyka, który się tam znajduje, uruchamia się pager, który ma przy sobie któryś z naszych pracowników. Zgodnie z wewnętrznym regulaminem natychmiast po otrzymaniu sygnału idziemy sprawdzić, co jest w koszyku.

Mieliście już takie sytuacje?

Na początku ludzie dla żartu wsadzali puszki, ktoś zostawił ubranka dla dzieci, a raz nawet mieliśmy małego szczeniaczka.

Zostawiliście go?

Dzieci bardzo chciały, ale nie mamy warunków. Oddaliśmy go do schroniska. Ale było też dwoje noworodków (nie w jednym momencie).

I co z nimi?

I znów - mamy swoje procedury. Powiadamy natychmiast pogotowie - przyjeżdża lekarz, który bada stan dziecka. A także policja, żeby sprawdzić, czy nie doszło do jakiegoś przestępstwa. Gdy próbowano dowiedzieć się od nas czegoś więcej o tym, kto mógł to dziecko zostawić, odmówiliśmy. Naszym obowiązkiem jest tylko powiadomienie o zdarzeniu. Potem dziecko jest przewożone do szpitala, na obserwację. A następnie kierowane do preadopcji czy do rodziny zastępczej.

Może być adoptowane?

My już się jego losem nie zajmujemy. Ale jeżeli nikt z opiekunów nie zgłosi się po nie w pierwszych miesiącach, to sąd rodzinny podejmuje decyzję o statusie dziecka.

Dlaczego nie zostaje u was?

Malutkie dzieci, poniżej 10 roku życia, nie mogą być w opiece instytucjonalnej. U nas mamy dzieci starsze. Jeżeli są młodsze, to tylko jeżeli jest to rodzeństwo albo jeśli jego stan zdrowia jest bardzo zły. Samo okno życia też nie jest "nasze". Zarządza nim urząd miejski - to jedno z nielicznych okien, które jest samorządowe. W większości przypadków właścicielem jest Caritas albo inne organizacja pozarządowe - w sumie jest około 60 okien. My zaś użyczamy miejsca.

Miasto wam płaci?

Jedyny koszt, który ponosimy, to wymiana baterii w pagerze. Nic nas to nie kosztuje. Tu naprawdę nie chodzi o zarobek, tylko o bezpieczeństwo dzieci. Ostatnio byli u mnie dziennikarze z Białorusi. Robili reportaż, chcieli pokazać to rozwiązanie, bo jak mówili, u nich jest ogromny problem z "wyrzucaniem" dzieci. Ale w Polsce matki mogą zostawić dziecko od razu po porodzie, jeszcze w szpitalu. A najlepiej - jeżeli tego chcą - mogą zrzec się praw rodzicielskich. Wtedy sytuacja prawna dziecka umożliwia szybkie przekazanie go do adopcji. Okno życia jest tylko jedną z form pomocy.

Dużo dzieci jest oddawanych w ten sposób?

U nas było dwoje, ale chyba około setki dzieci. To i tak niewiele. Ostatnio widziałem reportaż z Korei Południowej, gdzie w takich oknach zostawianych jest ponoć i po 20 dzieci dziennie. Mówiono nawet o kolejkach. Nie chodzi o to, żeby w Polsce tak było. Ale żeby powiedzieć, że lepiej oddać dziecko do okna, niż je wyrzucić.

*Jacek Przesmycki, dyrektor placówki opiekuńczo-wychowawczej „Jedynka” w Białymstoku. W maju 2009 roku otwarto tu jedno z pierwszych okien życia w Polsce.