Niestabilność rynku pracy, umowy śmieciowe, bezdomność, od której dzieli nas parę niespłaconych rat kredytu, lęk przed biedą na starość i brakiem dostępu do lekarza, strach przed wojną, terroryzmem i bezdusznym kapitalizmem. Katalog polskich strachów nie różni się specjalnie od europejskiej czy amerykańskiej średniej. Można go uzupełnić o częste w Europie Środkowo-Wschodniej poczucie wykluczenia mieszkańców mniejszych miejscowości, których „wyspowy” charakter transformacji ustrojowej wypchnął poza krąg zmian cywilizacyjnych.

Recepta, którą zaproponował PiS, też nie odbiega od światowej średniej – budowa sprawnego silnego państwa, które broni zwykłych ludzi.

Po dwóch latach dobrej zmiany można zadać pytanie o to, czy rządzącym udało się państwo polskie wzmocnić instytucjonalnie? Czy udało się wprowadzić jakąkolwiek zmianę, mającą charakter trwały i fundamentalny? Która byłaby mniej ulotna od programu „Rodzina 500 plus”, którego znaczenie może zdmuchnąć parę miesięcy wyższej inflacji? Od obniżonego wieku emerytalnego, który docelowo doprowadzi do tego, że osoby w wieku 60 lat będą otrzymywały świadczenie minimalne i w tej czy innej formie będą musiały na rynku pracy pozostać?

Trudno za reformy uznać personalne czystki w administracji, spółkach Skarbu Państwa i docelowo w sądach. Nie czynią one automatycznie instytucji lepszymi, nie sprawiają, że te zaczną lepiej pracować i bronić interesów zwykłego człowieka. Szczególnie kiedy głównym kryterium przeprowadzania zmian personalnych jest lojalność, pozwalająca np. uczynić twarzą dekomunizacji sądów byłego peerelowskiego prokuratora.

Polakom niewątpliwe żyje się teraz lepiej niż dwa lata temu. Bardzo wyraźnie rośnie konsumpcja, transfery socjalne wyrywają całe grupy społeczne z wykluczenia. Zmiany demograficzne przyspieszają spadki bezrobocia, a te z kolei przyczyniają się do poprawy stosunków na rynku pracy. Zagrożenia międzynarodowe są nadal odległe, a problemy związane z pozycją Polski w Unii Europejskiej ciągle jeszcze nie są odczuwalne dla zwykłych obywateli.

Jednak ten dobry czas nie wiąże się z żadną fundamentalną zmianą w Polsce, ale raczej z dobrą światową koniunkturą gospodarczą. Nie ma powodu, żeby obecnej ekipie nie gratulować sukcesów – to przecież na nią sypałaby się krytyka, gdyby na świecie działo się źle, a Polacy i polska gospodarka odczuwaliby skutki kryzysu.

Wydaje mi się jednak, że rządzący nadal nie dali się ogłupić swojej własnej propagandzie sukcesu. Wiedzą, że droga z nieba do piekła jest bardzo krótka. Że gospodarka zaczyna zdradzać coraz więcej sygnałów przegrzania. Że administracja nie poprawiła znacząco swojej skuteczności. Że sądy nie pracują lepiej, a wojsko wielkie jest tylko w planach, bo stale na bliżej nieokreśloną przyszłość przesuwane są kolejne zakupy.

Wystarczy parę miesięcy spowolnienia, żeby urzędy pracy musiały znowu zdawać egzamin z walki z patologiami umów śmieciowych, wystarczy kryzys na Wschodzie czy dalszy napływ pracowników z Azji, żeby prawdziwy egzamin sprawnościowy musiały zdać policja i służby. Wystarczy parę kolejnych lat, żeby Polacy sprawdzili, czy służba zdrowia działa lepiej, a emerytury nie są głodowe.

Prawdziwy test reform jeszcze przed obecną ekipą. I warto, żeby wykorzystała czas, który jej pozostał do zbudowania takich instytucji, do których Polacy się przywiążą. Bo jeżeli nie, to w przyszłości PiS może być równie zdziwiony, co obecna opozycja nadal niepotrafiąca pojąć, dlaczego Polacy naprawdę masowo nie wystąpili w obronie instytucji liberalnej demokracji. Po prostu nigdy nie poczuli, by one broniły ich.