Odwróciliśmy wzrok, mamrocząc pod nosem, że taki czyn można rozpatrywać tylko w kategoriach psychiatrycznych. My – media, my – społeczeństwo. A przecież Piotr S. dokonał aktu politycznego. Napisał manifest, w którym wyjaśnił powody swojej decyzji, następnie podpalił się na placu pod Pałacem Kultury w Warszawie. Świadomie. Poszedł śladami buddyjskiego mnicha Thich Quang Duca, Ryszarda Siwca, Jana Palacha.

Co się z nami stało? Zdziczeliśmy czy może jego czyn zbyt nas przeraził, bo wepchnął z powrotem do kategorii krajów trzeciego świata? Przecież w tych normalnych nikt nie dokonuje samobójstwa w obronie demokracji.

Problem z informowaniem

Co państwo wiedzą o tym zdarzeniu? Coś tam, gdzieś tam, było. Jedni napisali relację, inni spytali psychiatrów, ale przecież emocji wielkich nie ma. Na czołówki gazety (poza jednym wyjątkiem) czy serwisów telewizyjnych ten news nie trafił. To nie mama Madzi, której historię telewizje relacjonowały 24 godziny na dobę, to nie Jarosław Kaczyński krzyczący z mównicy sejmowej o zdradzieckich mordach. O, to dopiero były wydarzenia. Kadry pokazywane dziesiątki razy dziennie, słowa rozebrane do naga, egzegezy w mediach, komentatorzy spierający się z uporem i zacięciem o sens, znaczenie i konsekwencje. A to? Samospalenie? Dziś, u nas? Przecież my normalny kraj (to jedna strona), przecież to nie wypada (druga). Jakby Piotr S. popełnił faux pas.

Prorządowe media jeszcze można zrozumieć, w tej narracji to "ofiara propagandy totalnej opozycji" i szaleniec, prawicowy internet też idzie po linii i nominuje Piotra S. do nagrody Darwina (antynagroda dla ludzi, których śmierć jest wynikiem głupoty). Ale pozostali? Gdy Dominika Wielowieyska, dziennikarka "Gazety Wyborczej" i TOK FM, proponuje na Twitterze, by tego "tragicznego i smutnego wydarzenia przed Pałacem Kultury i Nauki w ogóle nie rozpatrywać w kategoriach politycznych", w głowie pojawia się wielki znak zapytania. Większy niż sam Pałac Kultury. Bo niby w jakich innych?