Witold Waszczykowski: O matko! Proponowanie mi w czasie urlopu wycieczki zagranicznej to tak jak wysłanie listonosza na pieszy rajd w Góry Świętokrzyskie. Niech sobie po gołoborzach poskacze, jak mu za mało.

Robert Mazurek: To jak wyglądają pańskie ulubione wakacje?
Taras, ogródek, własny dom i nic nie robić. Ewentualnie gdzieś nad jeziorem, bylebym nie musiał daleko jeździć.

To nic dziwnego, że mamy o parę kilogramów ministra więcej.
Przed nominacją udało mi się schudnąć kilkanaście kilogramów w trzy miesiące.

Jak?
Tu muszę się podzielić z czytelnikami…

I ze mną, mnie też się przyda.
Pomaga tylko dieta. Chodzę na basen dla przyjemności, bo uwielbiam pływać, ale działa tylko dieta. Warzywa, przetwory, zupy, czasem jakieś jajko…

No i pić nie wolno.
No co pan, każdy wie, że alkohol zabija dietę. Bo dwa, trzy piwa i się demoluje lodówkę.

Demoluje pan czasem?
Zaglądam tylko, żeby popatrzeć na majonez i kabanosy. Ech, złamać taką laskę dobrego kabanosa… Może być nawet bez piwa. A najlepiej jeszcze umoczyć w majonezie.

Fuj! Ja dietetycznie: wino i ser.
Może być.

À propos, dyplomaci dużo piją? Stres, samotność, łatwy dostęp…
Jest pokusa, to się zdarza. Pamiętam, tu w Gmachu – bo wśród dyplomatów siedzibę MSZ nazywa się Gmachem – posadzono mnie raz z kolegą, który wrócił z egzotycznego kraju. W pewnym momencie on zemdlał, pobiegłem szybko do ambulatorium po pielęgniarkę, a ona od razu: „Jak to, nie widzisz? Przecież to delirium”. Facet był w tropikach, gdzie mu powiedzieli: „Jak nie chcesz dostać ameby, to pij”, więc pił.

CAŁA ROZMOWA W PIĄTKOWYM MAGAZYNIE DGP