Lucius Cary żył w pierwszej połowie XVII w. Krótko, bo ledwie 33 lata, ale zdążył być politykiem, żołnierzem i pisarzem. Zdążył też powiedzieć, że „kiedy zmiana nie jest konieczna, koniecznie należy niczego nie zmieniać”. Widać prezes PiS Jarosław Kaczyński nie czytał jego „A Speech Concerning Episcopacy”. W zmianie, którą w polityce nazywa się rekonstrukcją, rozsmakował się bowiem tak mocno, że trwa ona już prawie dwa miesiące i chyba zbliża się do końca. Dla piszącego te słowa nie jest jeszcze oczywiste, że Mateusz Morawiecki wysunął premierowskie krzesło spod Beaty Szydło. Co nie znaczy, że nie warto spróbować skonstruować obrazu, który pokazałby, co taka zmiana miejsc daje krajowi, rządowi i partii. Na pierwszy rzut oka w każdym przypadku wydaje się co innego i w każdym relatywnie niewiele. Przynajmniej w krótkim terminie, bo w dłuższym być może Jarosław Kaczyński widzi w brylancie – jak nazywa Mateusza Morawieckiego – nie tylko błyskotkę, lecz także kandydata na delfina. Sukces kandydata będzie trwał tak długo, jak długo nie uwierzy, że został wybrańcem. Jeden delfin już raz w to uwierzył i dzisiaj nie jest nawet kandydatem na kandydata, który mógłby myśleć o sukcesji po liderze PiS.

Nieoczekiwana zmiana miejsc

Za premierostwa Beaty Szydło PiS po dwóch latach ma wyższe poparcie w sondażach niż w czasie wyborów. Ona sama w rankingu przygotowanym przez IBRiS dla Onetu zajmuje trzecią lokatę w rankingu zaufania społecznego. Piersi po ordery jednak nie może wypinać, wprost przeciwnie od kilku tygodni jest mocno grillowana, a opinii publicznej suflowany jest scenariusz, w którym opuszcza gabinet w Al. Ujazdowskich. Wyborcom i wielu prawicowym publicystom samo myślenie o zmianie premiera trudno więc zrozumieć. Podobnie wielu politykom PiS. Część z nich jak Andrzej Jaworski, były poseł, były prezes Stoczni Gdańsk, obecnie członek zarządu Krajowej Spółki Cukrowej, ma jednak dla wątpiących radę: „może warto zaufać Prezesowi” (pisownia oryginalna). Wszystko wskazuje więc, że zmiana nie jest konieczna, ale jeśli prezes ją dostrzega, a pewnie widzi więcej, to może warto przy okazji zastanowić się, co dałoby ustawienie za sterami rządu Mateusza Morawieckiego.

Mateusz Morawiecki zaufanie społeczne też sobie już zbudował, wyprzedza w zestawieniu IBRiS Beatę Szydło i ustępuje tylko prezydentowi Andrzejowi Dudzie. Chociaż nie przeszedł jeszcze demokratycznego testu, jakim dla polityka są wybory, to pewnie w 2019 r. trafi na listy. Do PiS został importowany z sektora bankowego, a dzisiaj jest towarem wybitnie eksportowym. Ukończonymi przez niego fakultetami można by z powodzeniem obdzielić kilka osób. Od historii na Uniwersytecie Wrocławskim przez studia z zarządzania w kraju i za granicą, dyplomy MBA, po studia z prawa europejskiego, integracji walutowej i gospodarczej na uczelniach w Hamburgu i Bazylei. Do tego operuje językami obcymi i prezes nie musi mu przypominać, że powinien się ich uczyć, jeśli zamierza wyjechać za granicę. Najlepszym dowodem jego kompetencji i zręczności w korporacyjnych grach, które wcale nie są mniej brutalne niż te polityczne, są jednak lata pracy w BZ WBK. Faworytem na prezesa tego banku nie był, a jednak przez wiele lat utrzymał się na stanowisku.

Dla PiS w tym momencie największą wartość dodaną, jaką wnosi Morawiecki, jest jego zachodni sznyt, z którym można go wysłać w delegację pod właściwie każdą szerokość geograficzną. To ewidentnie zmiana w porównaniu z Beatą Szydło, która swój polityczny status zbudowała na archetypie matki Polki, a nie nowoczesnego europejskiego polityka.

Europa, Europa

Morawiecki stworzył całkiem dobre relacje w Niemczech, czego dowodem było zaproszenie nas do Baden-Baden na spotkanie ministrów finansów grupy G20 i wiele innych wizyt za Odrą. Także w Brukseli może się podobać to, co mówi o potrzebie paneuropejskiego porozumienia w walce z oszustwami w VAT, agresywnymi optymalizacjami podatkowymi czy rajami podatkowymi. Przetarł sobie też szlaki w administracji Donalda Trumpa, Banku Światowym i Międzynarodowym Funduszu Walutowym.

Jednak nawet najlepsza znajomość języków, która notabene nie powinna u polityka z dużego kraju europejskiego dziwić czy być szczególnym atutem, nie pomoże mu na najpoważniejszym froncie walki, który PiS przez dwa lata sobie otwierał w Brukseli. Trudno oczekiwać, aby pod wpływem dobrego garnituru, wykształcenia i obycia międzynarodowego Morawieckiego Komisję Europejską czy stolice państw członkowskich przestały razić zmiany w sądownictwie czy wycinka Puszczy Białowieskiej. Wielce nieprawdopodobne jest też, że zdecydujemy się wziąć udział w relokacji uchodźców, przeciwnie, wszystko wskazuje, że za chwilę spotkamy się w tej sprawie z KE w Trybunale Sprawiedliwości UE.

Dlatego tych sporów Morawiecki nie przetnie, a to powoduje, że trudno będzie mu zmierzyć się z największym wyzwaniem drugiej połowy kadencji, czyli negocjacjami wieloletniej perspektywy finansowej Unii po 2020 r. Rozmowy wystartują wiosną przyszłego roku, będą trudniejsze niż poprzednio. Pieniędzy do podziału ubędzie, a dodatkowo pozycja Polski nie jest najlepsza, więc nikt nie będzie nam specjalnie szedł na rękę. Wprost przeciwnie. Jeśli jednak ktoś może sobie radzić w brukselskiej rozgrywce o miliardy euro, to na pewno bardziej Morawiecki. Zresztą na integracji europejskiej zjadł zęby. W1998 r. został zastępcą dyrektora departamentu negocjacji akcesyjnych w Urzędzie Komitetu Integracji Europejskiej. Był członkiem zespołu ministerialnego negocjującego warunki przystąpienia Polski do UE w kilku obszarach. W 1997 r. wraz z Frankiem Emmertem opublikował „Prawo europejskie”, podręcznik z zakresu prawa unijnego i ekonomiki integracji gospodarczej. Nic to jednak nie da, dopóki będzie częścią formacji politycznej, która z tym prawem jest mocno na bakier.

„Morawiecki ze swoim wdziękiem i płynną angielszczyzną ma to naprawić. Ma przekonać brukselskie salony, że Kaczyński i on sam nie są żadnymi potworami, a pretensje do Polski to małe nieporozumienia niewarte uwagi. Czy to się powiedzie? Bardzo w to wątpię. Czar Morawieckiego nie usunie zastrzeżeń Unii co do zmian w sądownictwie” - to opinia byłego premiera Leszka Millera wyrażona na łamach „Super Expressu” i trudno się z nią nie zgodzić.

Na początku będzie się poruszał w polityce zagranicznej sprawniej i z większą gracją. Jednak najważniejsze scenariusze będzie dla niego wciąż pisał prezes. Nie znaczy to jednak, że wizerunku Polski nie będzie potrafił poprawić, co wydaje się być zadaniem o tyle łatwiejszym, że jest on bardzo nadszarpnięty i trudno sobie wyobrazić, żeby było gorzej.

W krzywym zwierciadle

Także na krajowym podwórku nie sposób oczekiwać, że Mateusz Morawiecki zdobędzie silniejszą pozycję, niż ma Beata Szydło (zanim rozpoczął się proces werbalnej rekonstrukcji jej gabinetu). To, co było jej słabością: brak wpływu na wielu ministrów, problem z podejmowaniem decyzji, skupienie ośrodka władzy w siedzibie PiS przy ul. Nowogrodzkiej, będzie ciążyło także każdemu jej następcy, który nie będzie Jarosławem Kaczyńskim.

Gdyby prezes PiS postawił na Morawieckiego, to czy pozwoli mu stworzyć autorski rząd? Szczerze wątpię. Nad resortami obrony, spraw wewnętrznych czy służbami specjalnymi kontrolę Beata Szydło miała iluzoryczną. Podobnie nad Ministerstwem Sprawiedliwości i prokuraturą, które są królestwem Zbigniewa Ziobry. Nawet sojusz, jaki zawarła z nim przeciwko wicepremierowi, nie wzmacniał jej pozycji w całym rządzie czy partii, a jedynie w tej konkretnej rozgrywce. Dlatego Mateusz Morawiecki w fotelu premiera może być tylko repliką swojej poprzedniczki. Nadal instrukcje będzie wydawał „centralny ośrodek dyspozycji politycznych”, jak politycy PiS określają siedzibę partii, i nadal w rządzie będą istniały księstwa, których nie uda mu się podbić.

Ten problem jednak jest na stałe wpisany w model, w którym lider partii mającej sejmową większość nie jest liderem rządu. Czy to znaczy, że premier Mateusz Morawiecki nic nie daje PiS? Daje rzecz nie do przecenienia - odblokowanie wszelkiej aktywności w polityce gospodarczej. Szczególnie jeśli zmiana miałaby mu zapewnić jednocześnie kontrolę nad wszystkimi resortami gospodarczymi, a nie tylko finansami i rozwojem. Wówczas nie byłoby już żadnych wymówek dla realizacji Strategii Odpowiedzialnego Rozwoju. Jednak jak pokazuje rzeczywistość, wciąż ostatnią instancją będzie Jarosław Kaczyński i wysokie poparcie w sondażach tego nie zmieni, podobnie jak wyniki gospodarcze czy poprawa ściągalności podatków. Nawet jeśli zmiana zdynamizowałaby działanie rządu, to tylko w krótkim okresie. Później wszystko wróci w utarte koleiny prowadzące na Nowogrodzką. W startującym maratonie wyborczym nie ma bowiem miejsca na błędy, więc ośrodek decyzyjny pozostanie w najbliższym otoczeniu prezesa PiS, gdziekolwiek ten będzie zasiadał. W rządzie zaś - jeśli zmieni się jego szef - pewnie pojawi się namiestnik Kaczyńskiego w randze wicepremiera, który będzie Morawieckiemu patrzył na ręce.

Wielka fala

Nawet jeśli Mateusz Morawiecki nie zostanie premierem, a pełną odpowiedzialność za swoją formację zdecyduje się wziąć Jarosław Kaczyński, to i tak wicepremier może sobie przypisać sukces. Dwa lata temu był obcym ciałem w PiS, bankierem z wpisem w CV, jakim było doradzanie Donaldowi Tuskowi w Radzie Gospodarczej. Teraz jest powoli traktowany jak delfin, następca prezesa. Wyróżniony został już wielokrotnie i od wejścia w politykę awansował o kilka lig. Jest bardzo wygodnym kandydatem, bo nie zbudował pozycji w partii, nie ma własnych frakcji i szabel, które za nim pójdą. Ma jednak coś ważniejszego - namaszczenie ze strony prezesa, które w wodzowskich formacjach jest często istotniejsze niż mozolne budowanie pozycji własnymi siłami. Takie budowanie rodzi bowiem u wodza poczucie rodzącego się rywala. Mateusz Morawiecki dla prezesa konkurencją nie jest i nie będzie. Jego lojalność jest niepodważalna. PiS dostałby więc premiera nowoczesnego, który w dłuższym terminie mógłby być zmianą jakościową i liderem całej prawicy. Od wyborów nabiera tężyzny politycznej. Na starcie musiałby mówić głosem prezesa PiS, ale powinien przynajmniej spróbować odnaleźć własny język. Bez nacjonalistycznych naleciałości, taniego patriotyzmu i etatystycznych figur retorycznych.

Alvin Toffler, amerykański pisarz i futurolog, napisał w książce „Szok przyszłości”, że „zmiany to proces, poprzez który przyszłość wchodzi w nasze życie”. Mateusz Morawiecki może być przyszłością PiS. Jednak dar jej przewidywania ma tylko Jarosław Kaczyński.