3 listopada 2017 r. o godzinie 19 czasu wschodnioamerykańskiego oficjalne konto prezydenta USA Donalda Trumpa na Twitterze zniknęło. Było sobie, było, a nagle – bach! Nie ma. „Strona nie istnieje” – informował Twitter zdumionych internautów, na moment wytrąconych ze zbawczego transu, w jaki wprowadza ich (nas) główne obecnie zajęcie ludzkości, czyli suwanie kciukiem po ekranie smartfona. Po 11 minutach sytuacja wróciła do normy. Konto się pojawiło i Donald Trump mógł spokojnie powrócić do tłitowrzasków oraz prób wszczęcia wojny nuklearnej przez ćwierki. Sprawcą zamieszania okazał się szeregowy pracownik Twittera, który odchodził z pracy i zapragnął zrobić to z hukiem.

Większość komentarzy w mediach społecznościowych po tym wydarzeniu i tak dotyczyła treści tłitów Trumpa i ich zgodności z polityką firmy. „Powinni go całkiem zdjąć”, „Dlaczego w ogóle przywrócili konto? Za takie tłity inny już dawno by poleciał”, „Czyżby rząd trzymał Twittera za jaja?”. Zwolennicy Trumpa zaś w niekończących się tłitowych wojnach krzyczeli, że swoimi kontrowersyjnymi wypowiedziami prezydent wcale nie gwałci zasad, że użytkownikiem jest wręcz wzorcowym, więc łapy odeń precz.

W ferworze tej nawalanki nikt nie zwrócił uwagi, że ów absurdalny konflikt uwydatnia przerażający w zasadzie fakt: prywatne media społecznościowe, takie jak Twitter czy Facebook, posiadły nadspodziewanie dużo władzy. Donald Trump, czy tego chcemy, czy nie, jest prezydentem światowego mocarstwa i porozumiewa się z obywatelami głównie za pomocą platformy należącej do prywatnej korporacji. Ta zaś ma moc go sobie po prostu „wyłączyć”. Platforma przejęła funkcję publicznej infrastruktury dla rozpowszechniania informacji i prowadzenia politycznej debaty, ale, po pierwsze, żadnej kontroli publicznej nie podlega, a po drugie, nie działa dla idei, ale istnieje po to, by jak najwięcej zarobić na reklamach.

Polak też potrafi – niedawno wiadomością tygodnia była nie wypowiedź, nie oświadczenie, nie list, ale tłit przewodniczącego Rady Europejskiej Donalda Tuska. I kiedy zapytamy, jakim cudem za bezcen sprzedaliśmy publiczne prywatnemu, jak to się stało, że nasze życie polityczne toczy się na stronach o nazwie „Ćwierkacz” czy „Książka twarzy”, okaże się, że ten problem to w istocie jedynie drobny fragment procesu, który powoli zjada nie tylko debatę publiczną, ale i wszelkie mechanizmy konstytutywne dla demokracji.

To nie jest proces przez kogoś świadomie zamierzony. Jest pchany do przodu mikroruchami kapitalistycznych trybików, a jego kolejne kroki dotąd wydawały się nieszkodliwe. Jego kołem zamachowym są zawłaszczający naszą uwagę internetowi giganci – tacy jak Google (obecnie holding Alphabet), Facebook, Twitter czy Amazon. Zasada tego procesu jest prosta: jest nią sprzedaż reklam. Sprawa, ot, zwyczajna, stara jak świat. Ale ułatwianie kontaktu ludzkich gałek ocznych z ofertami biznesowymi przyspieszyło, dojrzało, wycwaniło się – i jako produkt uboczny, bez jasnej intencji, wypluło algorytmicznego lewiatana, polityczno-społeczną bombę atomową, która zaraz zaatakuje fundamenty, na jakich opiera się nasz delikatny demokratyczny system.

Brzmi jak alarm luddysty? W żadnym wypadku. Technologia może być i piękna, i straszna. To mechanizmy działania tych platform, ich kontekst ekonomiczny i nasze inercyjne przyzwolenie, nie sam fakt ich istnienia, powoli, acz skutecznie przerabiają nam rzeczywistość w koszmar, o jakim nie śniło się Orwellowi. Rozłóżmy ten proces na czynniki pierwsze, prześledźmy działanie, a zobaczymy, że nie tylko dał nam on Trumpa, nie tylko monopolizuje informacje Trumpa i o Trumpie, ale również, w przyszłości, może całkowicie nas takiego Trumpa pozbawić – i to, wbrew wszelkim pozorom, będzie naprawdę wielką tragedią.

Komu biały kaptur, komu?

Zacznijmy od statystyk. Na pierwszy ogień weźmy FB. Prawie 2 mld ludzi to jego aktywni użytkownicy (o ile więcej tylko czasem zagląda na konta), a w każdej sekundzie powstaje pięć nowych profilów. Tylko część Afryki, Rosja i Brazylia wciąż nie do końca oszalały na jego punkcie, ale to kwestia czasu – a wtedy, jak pisze w kąśliwej autobiografii Antonio Garcia Martinez, były pracownik działu reklam w Facebooku, „Mark Zuckerberg, jak młody Aleksander Wielki nad rzeką Indus, będzie płakał, bo zabraknie mu światów do podbicia”.

Ruch w interesie jest przedni. Każda facebookowa minuta (podaję za portalem The Social Skinny) to pół miliona nowych komentarzy, prawie 300 tys. statusów i 136 tys. postowanych zdjęć. Minuta! Czyli w ciągu doby komentujemy na fejsie 720 mln razy. 50 proc. użytkowników między18. a 24. rokiem życia wchodzi na FB zaraz po przebudzeniu – wyciągają telefon spod poduszki zanim na dobre rozkleją im się oczy. Dodajmy do tego tylko trochę mniej powalające statystyki Instagrama, WhatsAppa (których właścicielem jest zresztą Facebook), Twittera i należącego do Google’a YouTube’a, a stanie się jasne, że ludzkość medium społecznościowym stoi. Chciałoby się powiedzieć, że siedzimy na social mediach cały dzień z przerwami na toaletę, ale niestety rozwój technologii mobilnej sprawił, że może i król nadal chodzi tam piechotą, ale w kieszeni już zawsze ma smartfona.

Co wie o tobie Facebook? Zna twoje imię, znajomych, miejsce pracy. Ma twoje komentarze i statusy, także te, które skasowałeś przed publikacją. Ma lajki, uśmiechy i wzorce interakcji. Trudno mieć pretensje do Facebooka, że wie, co jest na Facebooku, ale Facebook śledzi też gros twojego ruchu w sieci. Dzięki temu, że logujesz się nań w pracy, na swoim laptopie i telefonie, potrafi poskładać w całość twoją aktywność w każdym z tych miejsc i zbudować z nich profil użytkownika dokładniejszy, niż zrobi to ojciec z matką i teściową. W Europie dane traktujemy z nieco większym szacunkiem, ale w USA Facebook rutynowo skupuje dane od innych gromadzących je firm i potrafi złożyć do kupy ludzkie życie on- i offline. Dzięki temu proponujący reklamy algorytm Facebooka może zarejestrować, że kupiłeś w sklepie kieliszki, i w domu zaproponować ci zakupy w sklepie z winami, a rano w pracy pokazać reklamę odplamiacza. A Google? Pomyśl tylko o ostatnich dziesięciu rzeczach, które wyszukałeś, pięciu obejrzanych na YT filmach, trzech wysłanych e-mailach, a zdasz sobie sprawę, że Google prawdopodobnie zna cię lepiej niż ty sam. Lepiej nie myśleć, co wie o tobie Amazon Echo.

FB, Google czy Twitter to firmy, które mają zobowiązania wobec akcjonariuszy. Nie kolekcjonują więc tych danych, żeby stawiać je na półce i strzelać do nich z procy, ale po to, by przyniosły zysk, pomagając reklamodawcom dotrzeć do podatnych klientów. Algorytm – wciąż uczący się i dysponujący oceanem danych – który dopasowuje stworzenia złożone z portfela i gałek ocznych (to my) do konkretnych reklam, ma jeden cel: wycelować produkt tak precyzyjnie, aby to przelotne spotkanie skończyło się kupnem.

No cóż, kapitalizm – można by rzec. Ale, jak twierdzi Zeynep Tufekci, słynna socjolożka technologii, skala tego przedsięwzięcia przekroczyła dopuszczalne straty kapitalizmu i zrodziła efekty rodem ze złego snu.

Najbardziej zrozumiale Tufekci podsumowała swój lęk w pogadance TED. Wyobraźcie sobie, mówi, że chcę sprzedać bilety do siedliska amerykańskiego szaleństwa Vegas i wykupuję usługę reklamową u Facebooka i Google’a. Ich algorytm przewiduje, kto może być tym zainteresowany, i pokazuje mu ofertę. Ale to nie jest problem – problemem jest to, że w obecnym stadium rozwoju algorytmu nikt, nawet sami programiści, nie ma pojęcia, jak dokładnie dobierany jest target reklamy. Znane są badania pokazujące, że z aktywności na mediach społecznościowych można zdiagnozować problemy psychiczne, jak depresja czy schizofrenia. Sztuczna inteligencja ma sukcesy w identyfikacji homoseksualizmu ze zdjęcia. Znajomy programista powiedział Tufekci, że znalazł metodę przewidywania ataku manii – ale niestety nie ma pojęcia, co stworzony przez niego samego algorytm wykorzystuje do diagnozy. Co jeśli w naszym przykładzie, powiedzmy, algorytm wyłapuje osoby dwubiegunowe jako te, które mają inklinacje do hazardu – i w związku z tym mogą być wyjątkowo podatne na sugestię o Vegas? Algorytm oczywiście robi to ślepo, podłapując charakterystyki dwubiegunowości bez świadomości, czym one są – ale w efekcie, wykonując swoje zadanie jak najlepiej, dociera do grupy podatnej na ofertę z powodu choroby; grupy, która nie jest w stanie się przed nią bronić. Ilu z nas ma psychiczne pięty achillesowe, choroby, momenty słabości, które czynią nas tysiąckrotnie bardziej podatnymi na pewne sugestie? Reklamowanie ziółek na raka w szpitalu onkologicznym to przy tej technologii krwiopijstwo z epoki kamienia łupanego.

W artykule dla „New York Timesa” Tufekci odnosi się do znanego skandalu: organizacja ProPublica, przy użyciu 15 dol., zamówiła na Facebooku reklamy, które miały dotrzeć do antysemitów „chcących wiedzieć, jak spalić Żydów”. Nikt nie ośmieliłby się powiesić czegoś takiego na billboardzie, ale jeśli billboard zobaczą tylko neonaziści w zaciszach swych telefonów, problem kontroli społecznej znika.

Istnieje oczywiście pewne napięcie między sprzedażą reklam dla radykałów a tym, że żyjący w przyzwoitym stadzie ludzie często sami mogą nie znać ciemnych stron swej duszy. Z pomocą przychodzi tu choćby algorytm YouTube’a, który nauczył się po wyszukanym filmiku podsuwać nam kolejne. Tufekci, której po odtworzeniu wideo z wiecu Trumpa zasugerowano filmiki progresywnie nacjonalistyczne, każdy tylko kapkę radykalniejszy od poprzedniego, a potem otwarcie faszystowskie i w końcu rasistowskie, mówi: „Zupełnie, jakbym nigdy nie była wystarczająco radykalna dla YouTube’a!”. Po filmie o zdrowym jedzeniu pojawiają się te o wegetarianizmie, a po nich przychodzą filmy wegańskie. Wpuszczając cię coraz dalej w króliczą norę, YT w ten sposób utrzymuje twoje zainteresowanie, a także delikatnie bada, w który korytarz owej nory masz większą inklinację wpaść, i dzięki temu bezbłędnie identyfikuje konkretne podzbiory skrajnej publiczności. Czy chcesz Żydów palić, czy tylko kazać im nosić gwiazdę Dawida? Przyklej się do YouTube’a, a on będzie wiedział za trzy dni.

Ech, antysemita też klient – westchnie uporczywy kapitalista. Poza tym, czyż nie chcemy, by – jak ironizuje Tim Wu w książce „The Attention Merchants” – nadszedł wreszcie „...dzień, w którym platformy reklamowe staną się jak lojalny sługa, który odgaduje pragnienia swego pana, zanim ten zda sobie z nich sprawę”? Ja ze swej strony modlę się, by ten dzień nie nadszedł; bywają chwile słabości, w których człowiek pragnie najidiotyczniejszych rzeczy i chciałby raczej polegać na słudze, który wówczas przywiąże go do krzesła. Ale najgorsze, że ów kapitalista nie rozumie, że łączenie klienta z produktem jest jedynie powodem, dla którego rozwijane są nieprzeniknione algorytmy placementu; rezultatem zaś jest zaistnienie narzędzia, które może zostać użyte w zupełnie innym celu.

Jeśli stworzyłeś portret czyjegoś umysłu, tak dokładny, że rozumiesz jego najskrytsze słabości i pragnienia, zanim uświadomi je sobie on sam, posiadasz bezprecedensowe narzędzie manipulacji: nieprzejrzyste, niewidoczne, zawsze skuteczne. A jeśli posiadasz 2 mld takich portretów, jesteś bogatszy niż najrozleglejsza agencja bezpieczeństwa narodowego – i masz gotowy przepis na polityczny koszmar. Wielki Brat, wciskający wszystkim tę samą śpiewkę w ten sam sposób, to przy spersonalizowanym narzędziu perswazji i nacisku mały Kazio totalitaryzmu. Propaganda i zastraszanie to nic przy skrojonej na milion miar manipulacji umysłu.

Krzemowi hippisi

Ale zaraz, jaki totalitaryzm, jaki Wielki Brat? Przecież prezesi wielkich firm technologicznych to bardzo mili ludzie; noszą golfy i bluzy, uprawiają recycling i nigdy nie użyliby swoich zasobów do złych politycznych celów!

Tak myślimy. Nigdy nie wierzyliśmy w anielską naturę ExxonMobil czy Goldman Sachs, ale dawne motto Google’a „Nie czynić zła” nie wzbudzało sceptycyzmu. To dziwne, ale w kontekście historycznym zupełnie zrozumiałe. Franklin Foer w książce „World Without Mind: The Existential Threat of Big Tech” pokazuje, jak dziejowym zbiegiem okoliczności technologiczną rewolucję przeprowadzili duchowi spadkobiercy kalifornijskich komun lat 60. „Choć monopole Doliny Krzemowej istnieją dla zysku, same siebie widzą jako agentów rewolucji, która wyniesie świat ku jedności” – pisze Foer. Od medytującego Steve’a Jobsa przez sprytnego Zuckerberga po Sergeya Brina wszyscy wielcy krzemowego świata potrafią zbijać wielką kasę, mówiąc (często, błogosław panie dysonans poznawczy, szczerze) o wielkiej technologicznej wolnościowej utopii, ku której prowadzą zniewoloną ludzkość. Informacja dla wszystkich! Forum dla każdego! Cały świat niech przyjaźni się na Facebooku! Nie dziękuj, droga ludzkości, nie dziękuj.

Foer twierdzi, że misja zbawiciela jest o tyle szkodliwa, że usprawiedliwia dążenie do monopolu. Podobnie pisze w „Move Fast and Break Things” Jonathan Taplin – jeśli, jak Peter Thiel, jeden z pierwszych inwestorów Zuckerberga, sądzisz, że ludzie to „bezmyślny demos”, na pewno nie martwi cię, że twoja wizja nie jest poddana kontroli demokratycznej. Ale intencje naszych dobrodziejów są tu nieistotne. Bo przecież nawet gdyby Sergey Brin był delikatnym ciałem astralnym boskiego pochodzenia, to po nim może przyjść szef lepiony z piekielnego ognia. A polityczną władzę można mieć i tak, nawet gdy udajemy malutkiego brata, i nie mówię tu wcale o tym, co odkrył Edward Snowden – że Facebook i Google dzielą się swoimi danymi z rządem. Mówię o tym, co powiedział kiedyś Tristan Harris, były „etyk designu” w Google’u: „Jeśli kontrolujesz menu, kontrolujesz wybory”. Według prowadzonych przez psychologa Roberta Epsteina badań z 2014 r., kontrolując menu, Google może zdeterminować 25 proc. wyników wyborów na całym świecie. A jeśli kontrolujesz i menu, i proces? Oto jak FB eksperymentował z frekwencją wyborczą w USA w 2010 r. Jedni użytkownicy mogli deklarować, że wzięli udział w wyborach, klikając w przycisk „I Voted”. Inni użytkownicy mogli zrobić to samo, ale ci widzieli też uśmiechnięte twarze znajomych, którzy już głosowali. W drugiej grupie, demograficznie identycznej z pierwszą, głosowało o 340 tys. osób więcej. Ile głosów zdecydowało o wygranej Trumpa? Nędzne 100 tys. A gdyby odpowiednia wiadomość szła wyłącznie do wybranych okręgów wyborczych? Panie Zuckerberg, modlę się, żeby nie chciał pan zostać prezydentem, bo w pana przypadku najwyraźniej chcieć to móc.

Ale żaden monopolistyczny krzemowy hippis nie mógłby nic, gdyby nie nieprzerwany strumień zysków, z czego jeden po drugim zdawali sobie sprawę, wpuszczając reklamy na swoją platformę. I tak wprawiona w ruch machina reklamowa, karmiona bezprecedensową skalą i technologicznym zaawansowaniem, zmienia politykę bez oglądania się na to, czy Zuck albo Brin ogłosili się führerem. Po pierwsze, powstają nieprzeniknione algorytmy, nazwane przez matematyczkę Cathy O’Neil w książce o tym samym tytule „bronią matematycznego rażenia”, które jak w „Raporcie mniejszości” potrafią przewidzieć nasze występki (na razie zakupy), zanim te przyjdą nam do głowy. Owe algorytmy zaś wymuszają, w imię własnej skuteczności, inne stopniowe przemeblowania architektury platform. Czym się żywią? Ruchem. Więc w górę posty, które ludzi złoszczą, denerwują, rozjuszają; niech krzyczą na siebie w komentarzach, aż klikną na sklep z torbami czy Frisco; w dół niech spada nuda i poważne przemyślenia. Kiedy emocjonalny ładunek ma większą wagę niż prawda, fake news stają się solą społecznościowej ziemi – a kiedy dyskretnie promuje się to, co powoduje spory, ludzie podróżują do coraz od siebie odleglejszych i radykalniejszych baniek informacyjnych. Nagle nikt już nie wie, co naprawdę czyta ten drugi – i kończymy w świecie, gdzie w imię klikalności reklam zhakowane umysły naparzają się wzajemnie w oparciu o pseudoinformacje, nigdy się nie spotykając. I tak debata publiczna przeradza się w głupawą jatkę, a wspólnota rozpada się nie tyle w kawałki, ile na proch. Tufekci pisze: „Budujemy dystopię, żeby zmusić ludzi do wchodzenia na reklamy”.

Nie podoba ci się, to nie używaj – brzmi mantra tych, którzy bronią wszystkich ruchów internetowych gigantów, od cenzury przez ciche zmiany zasad użytkowania po akumulację danych argumentem „to firma prywatna”. Ale jeśli w kraju byłyby tylko trzy autostrady, każda z nich prywatna, na każdej trzysta punktów obowiązkowych skanów tęczówek, nie gasłyby protesty, by je znacjonalizować. A platformy społecznościowe tym się właśnie stały: infrastrukturą de facto publiczną, dla której państwo nie ma alternatyw. Ich użytkowanie jest warunkiem uczestnictwa w życiu społecznym i politycznym. Amerykanie tylko tam mogą bezpośrednio usłyszeć swojego prezydenta, a my poznać głębokie myśli przewodniczącego Tuska na temat wpływu Putina na polska politykę! Danina z prywatnych informacji, jaką musimy płacić, by być częścią społeczności i demokracji, jest więc w tym wypadku niczym więcej jak złodziejską dziesięciną, podobną do opłat za wodę, jaką w niektórych miejscach świata pobierało Nestlé – i może nie jest to problem Zucka, ale na pewno regulacyjny problem państwa.

Zwierzę wśród bajtów

Mimo to argument „po prostu nie używaj” wydaje się mieć pewną moc. Dlaczego nie potrafimy się wyzwolić z uroku gromadzących dane monopoli?

To oczywiście nasza wina, ale podobnie jak winą uzależnionego od leków mieszkańca środkowych stanów USA jest ciągłe chodzenie do lekarza po receptę. Sean Parker, jeden z tych, którzy Facebooka tworzyli, powiedział niedawno w wywiadzie dla portalu Axios, że myślą przewodnią twórców było skonsumowanie jak największej ilości uwagi użytkowników. „Musieliśmy więc co jakiś czas dać ci małe uderzenie dopaminowe: ktoś polubił twoje zdjęcie, post czy coś innego” – mówi Parker. „To sprzężenie zwrotne społecznej walidacji... Trzeba eksploatować słabość, podatność ludzkiej psychologii... (Założyciele – red.) rozumieli to, byli tego świadomi, ale zrobiliśmy to i tak”. Architektura mediów społecznościowych jest tak stworzona, by zaprząc nasz jakże silny instynkt społeczny do jałowych działań z rzadka tylko służących prawdziwym relacjom – oferuje sztuczne stado, łatwiejsze do operowania niż prawdziwe, z jasnymi hierarchiami, przeliczalnymi jednostkami uznania, obietnicą sławy w zasięgu ręki. Coraz mądrzejsze algorytmy coraz lepiej potrafią wykorzystać nasze popędy, by zatrzymać nasze rozkojarzone oczy na niepotrzebnej nam treści. A że cierpią na tym nasze faktyczne związki? Tym lepiej, im kto ma mniej w życiu, tym więcej chce mieć na Twitterze.

Ponieważ owe algorytmy mogą się uczyć na nieskończonych przypadkach, szary człowiek, zwykły biologiczny twór, ma niewiele szans na ucieczkę. Wspomniany Antonio Garcia Martinez, specjalista od reklamowych algorytmów, autor książki „Chaos Monkeys. Mayhem and Mania Inside the Silicon Valley Money Machine”, pisze o procesie dobierania reklam jako o wysyłaniu wiadomości skrojonych na konkretny ekran. „Ale za każdym ekranem jest pojedyncza osoba, nerwowy kłębek potrzeb i lęków, której gatunek wyewoluował w paleolitycznym świecie zębatych drapieżników, gdzie ludy zbieracko-łowieckie oscylowały między ucztą a głodem, a która jest teraz, po zaledwie kilku pulsach czasu, skonfrontowana z niekończącym się festynem mrugających światełek i hiperzoptymalizowanych bodźców. Czy można to biedne zwierzę winić, że zagrywa się na śmierć w Candy Crush albo maniakalnie marnuje zasoby, których nie ma, na rzeczy, których nie potrzebuje?”.

Chyba nie można, prawda?

Tęskniąc za Trumpem

Krwią tętniącą w żyłach każdej demokracji jest demos, czyli obywatele. Nie ludzkie atrapy, nie portfele z oczami, ale wolni i autonomiczni ludzie, którzy mogą i potrafią dokonywać prawdziwych wyborów. Dlaczego rząd demokratyczny ma mandat do rządzenia? Bo nie wybrało go stado straszonych pałkami owiec.

Lewiatan stworzony przez internetowych monopolistów w postaci algorytmów, których zadaniem jest wykrycie najgłębszych konsumenckich słabości i które w swej niewyobrażalnej skali potrafią połączyć chęć kupienia reniferowych bombek z transseksualizmem, a upodobanie do lesbijskiego porno anime z elementami BDSM z podatnością na radykalniejsze elementy programu PiS, odczarowuje ten kluczowy dla funkcjonowania systemu mit obywatelskiej autonomii. Odczarowuje skutecznie, wręcz zabija go – bo czym na przykład przejmowali się demokratyczni Amerykanie po wyborze Trumpa lub proeuropejscy Brytyjczycy po referendum w kwestii brexitu? Nie mówili: „Och, współobywatele niefajnie zdecydowali, ale cóż, taka siła demokracji”. Mówili za to o zbiorowej hipnozie, jakiej mieli poddać głosujących Rosjanie, korzystając z narzędzi kupionych u Zucka i spółki, precyzyjnie targetując polityczne spoty i zatrudniając armię twitterowych trolli. Niezależnie od tego, czy mają rację, czy nie (a mają), zwróćcie uwagę na formę tych narzekań. Nikt, absolutnie nikt, nie ma już nadziei, że w świecie internetu może istnieć faktyczna autonomia – zwłaszcza poza klasą wyższą i ekspercką, zwłaszcza gdy tradycyjne media musiały porzucić swój model działania, by móc działać na monopolistycznych platformach. Nie tylko odebrano nam więc autonomię, ale i przekonanie, że ją mamy – co w efekcie może być nawet groźniejsze.

Narzędzia, które powstają w tym procesie, mają zasięg i moc, o jakich nie śniło się filozofom. Potrafią nie tylko zaspakajać pragnienia, ale je wzbudzać. Wielcy zbieracze danych mogą dać narzędzia do tego, by demos wybrał Trumpa (zrobione), potem zaanektują prezydenta Trumpa do napędzania ruchu na platformach (wykonane), korzystając z debat okołotrumpowych zbiorą więcej naszych danych (gotowe), a potem... nie daj Bóg, ktoś niezbyt sympatyczny położy na tym wszystkim swoje autorytarne łapy, a my pożegnamy Trumpa i radośnie powitamy nadejście nowego cesarza – to znaczy umiarkowanie radośnie, bo będziemy zbyt zajęci kupowaniem butów albo nawalanką z tymi idiotami, przeciwnikami organicznych kiszonek. Nie będzie na niebie i na ziemi żadnych znaków, że zbliża się powodowana przez prywatny biznes polityczna katastrofa, bo nauczyliśmy się przejmować monopolem dopiero wtedy, gdy podnosi ceny – a ten monopol, im bardziej się staje monopolem, coraz więcej rzeczy daje nam za darmo.

Co robić? Można, jak Foer, marzyć, że podobnie jak masowy przemysł żywieniowy doczekał się kontrrewolucji w postaci slow foodu i lokalnych kooperatyw, tak i slow rewolucji doczeka się nasze użytkowanie internetu. Byłoby sympatycznie, lepiej jednak będzie żądać restrykcji dla zbierania danych i szukać prawnych sposobów na przełamanie szkodliwych monopoli. Zabraniać Facebookowi kupowania kolejnych Instagramów, domagać się kasowania zbieranych informacji. Wymagać, by serwis pobierał opłaty zamiast zaprzęgać dane do karmienia reklamowych algorytmów. Zabraniać korzystania z pewnych platform niepełnoletnim. A może nawet, no cóż, to i owo znacjonalizować – ktoś musi nad tym bałaganem sprawować kontrolę demokratyczną.

Radykalne? Owszem. Ale konieczne – jeśli chcemy przynajmniej częściowo zachować resztki demokracji. Poza tym my, piewcy najlepszego z systemów, głębiej do serca powinniśmy wziąć sobie słowa Marka Zuckerberga: „Idź naprzód szybko i rozwalaj rzeczy” (Move fast and break things). „Jeśli niczego nie burzysz, to znaczy, że nie działasz wystarczająco szybko” – mówi Zuck. Naszą polityczną determinację niech zmierzy szybkość, z jaką rozwalimy internetowe monopole.