Polacy w poszukiwaniu chleba – i wolności – wyjeżdżają od pokoleń. Podróż do Ameryki była kosztowna i uciążliwa, a przyszłość w obcym kraju bardzo niepewna. A jednak wyjeżdżały tłumy. Najważniejszym czynnikiem powodującym emigrację nie była bieda, jak się często uważa, lecz wzrost aspiracji. Wyjeżdżali ci, którzy już coś mieli, ale widzieli, że inni mają więcej. Dzięki rewolucji przemysłowej, tak źle opisywanej przez ludzi wrażliwych, lud jadł lepiej, wiedział więcej, żył dłużej i coraz częściej chciał żyć po prostu godnie. Najtańszy bilet pasażerski na morskiej linii Hamburg – Nowy Jork kosztował w 1900 r. niemal 10 razy mniej niż w 1850 r. – i to już była wystarczająca zachęta.

W dalszym ciągu największym odbiorcą emigrantów były Stany Zjednoczone, ale prawie jedną trzecią fali przyjmowała w końcu wieku Ameryka Łacińska. W Brazylii założono nawet specjalne towarzystwo popierania imigracji, licząc na przybycie Szwajcarów, Niemców i Szwedów. Przyjeżdżali głównie mniej cenieni Włosi, Portugalczycy i Polacy.

Dzisiaj nasi rodacy są imigrantami cenionymi – o czym świadczy również opór pracowników kwalifikowanych przed sprowadzaniem „tych Polaków”, pracowitych, solidnych i bardziej elastycznych w rokowaniach płacowych. Nic tak jednak nie obnaża słabości Rzeczypospolitej, jak to, że ci sami pracowici i elastyczni cenowo pracownicy nie pracują po prostu w Polsce. Słyszymy za to opowieści o pazernych i niesolidnych Polakach – w kraju. Ciekawe, co tak odmienia Janusza i Grażynę, kiedy przekraczają granicę.