Bo nierówności to nie tylko Piketty. Cztery lata temu Francuz otworzył poważną dyskusję na ich temat. Ale nigdy nie był jedynym badaczem problemu. Dlatego w moim subiektywnym dorocznym konkursie na Ekonomistę Roku tytuł wędruje tym razem do trzech postaci: Anthony’ego Atkinsona, Branko Milanovicia i Simchy Barkaia.

Zacznijmy od najstarszego i najbardziej zasłużonego z nich. Brytyjczyk Anthony Atkinson był jednym z pierwszych ekonomistów, którzy na poważnie zajęli się nierównościami. Gdy zaczynał pod koniec lat 60. XX w., inni badacze patrzyli na niego jak na dziwaka. Dla przeważającej większości z nich liczyło się tempo wzrostu gospodarczego. A sposób podziału dochodu narodowego? To już sprawa wtórna. Atkinson starał się im pokazać, jak bardzo się mylą.

Brytyjczyk zmarł rok temu: 1 stycznia 2017 r. Na dwa lata przed śmiercią zdołał jeszcze napisać swoją ostatnią książkę „Nierówności. Co da się zrobić?”. Opisał w niej kilkanaście sposobów na zwalczanie nierówności, które w zachodnim świecie wymknęły się spod kontroli. Proponowane przez niego rozwiązania mają tę zaletę, że można je stosować łącznie, ale też spośród nich wybierać: różne wersje dochodu podstawowego, płaca gwarantowana, spadek powszechny, progresywne podatki. „Nierówności” Atkinsona wyszły po polsku w połowie 2017 r. Jeśli ktoś (polityk?) kiedyś w tym kraju zechce się na poważnie i systemowo zabrać za ten temat, to ma w tej książce bryk, jak znalazł.

Branko Milanović to Serb od lat pracujący w Ameryce (obecnie w nowojorskim City University). O nierównościach opowiada nowatorsko. Mówi (przywołuję za rozmową, którą przeprowadziłem z nim wiosną dla „Polityki”), że aby je zrozumieć, trzeba się przestawić z oglądania komiksu na wejście w rzeczywistość gry komputerowej w grafice 3D. Dwa wymiary zamienić na trzy.

Pokażmy jego metodę na przykładzie Polski. Patrząc na to, co się wydarzyło w naszym kraju po 1989 r., można łatwo skonstruować obrazek w dwóch wymiarach. Pokazać, że dystans między Polską a Zachodem bardzo się w tym czasie zmniejszył. To będzie solidna kalkulacja oparta na takich danych, jak średnia płaca, parytet siły nabywczej albo po prostu PKB. Te dane znajdą pewnie potwierdzenie w codziennym doświadczeniu sporej części społeczeństwa. Mimo wszystko będzie to jednak obraz niekompletny. Bo brakuje trzeciego wymiaru. Czyli znacznego zwiększania się nierówności wewnątrz polskiego społeczeństwa. A przecież jest to doświadczenie, które dość łatwo znaleźć u wielu Polaków. Nie da się więc powiedzieć, że rację mają jedni albo drudzy. Obie odpowiedzi są poprawne. Polska minionych 30 lat to jednocześnie ważny rozdział w opowieści o zmniejszaniu się globalnych nierówności, ale również przykład kraju, gdzie nierówności faktycznie urosły, generując realne problemy.

Amerykanin Simcha Barkai jest najmłodszy z całej trójki. Choć dopiero niedawno obronił doktorat na Uniwersytecie Chicagowskim, jest jednym z najczęściej przywoływanych ekonomistów 2017 r. Powodem była jego pionierska praca o spadającym udziale pracy i kapitału w PKB. Dotąd wskazywano, że minione 30 lat neoliberalizmu doprowadziło do osłabienia pracy i pracownika. Ale skoro w tym samym czasie gospodarki rosły, to znaczy, że wypracowane bogactwo zostało przechwycone przez właścicieli kapitału. Barkai to sprawdził i okazało się, że kapitalista kapitaliście nierówny. Bo drobni udziałowcy i średnie firmy też owoców neoliberalnego wzrostu nie oglądały. A większość bogactwa wygenerowanego w minionych trzech dekadach trafiła do grupy supergwiazd światowej gospodarki: Google’a, Facebooka czy Apple’a.

Nierówności to nie tylko Piketty. Cztery lata temu Francuz otworzył poważną dyskusję na ich temat. Ale nigdy nie był jedynym badaczem problemu