Bartosz Pilitowski prezes Fundacji Court Watch Polska, która prowadzi program Obywatelskiego Monitoringu Sądów. Socjolog, doktorant w Zakładzie Interesów Grupowych Instytutu Socjologii UMK

I jak pan uważa – PiS „posprzątał” już w sądach?

Część naszego społeczeństwa tego oczekiwała. I chodziło jej zarówno o kwestie kadrowe i wyciągnięcie konsekwencji wobec konkretnych osób, jak i o sprawy organizacyjne. Jestem rozczarowany wieloma działaniami władzy wobec wymiaru sprawiedliwości, lecz rozumiem logikę działania rządzącej partii. Jej elektorat jest rozczarowany funkcjonowaniem wymiaru sprawiedliwości. Te zmiany, które się teraz dzieją, są próbą umocnienia przez PiS władzy. Nie tyle w sensie przejęcia sądów, bo to nie takie proste, ile przez pokazanie wyborcom, że ich partia robi to, co obiecała – reformuje.

Gdy prześledzić ostatnią rewolucję w sądach, to można dojść do wniosku, że część społeczeństwa jest zachwycona wymiarem sprawiedliwości i każdą zmianę w jego funkcjonowaniu odbiera jako atak na demokrację. A ta druga nie zostawia suchej nitki na sędziach i najchętniej zburzyłaby wszystko, aby wybudować od nowa.

Jeśli spojrzeć na badania opinii społecznej, to okazuje się, że większość Polaków ocenia wymiar sprawiedliwości – i to od wielu lat – negatywnie. Był krótki czas, kiedy zadowoleni z działania sądów byli w większości. To okres za poprzedniego rządu PiS, 2007 r., kiedy Jarosław Kaczyński był już premierem, a Zbigniew Ziobro szefował resortowi sprawiedliwości.

Czy coś przez te dwa lata ich rządów się zmieniło? Polacy doświadczyli w sądach lepszej obsługi i sprawiedliwszych wyroków?

Nie, zwłaszcza że po kolejnych wyborach tendencja się odwróciła. Wniosek z tego taki, że ocena sądów jest związana z oceną osób, które są postrzegane jako odpowiedzialne za ich działanie – spora część społeczeństwa jest przekonana, że minister sprawiedliwości ma kontrolę nad sądami. Tak nie jest, ta władza jest bardzo ograniczona. Ale wystarczyło, że na czele resortu stanął ktoś, komu ufają osoby oceniające sądy negatywnie, żeby one uznały, iż teraz wszystko działa lepiej.

Teraz jest ten sam szef od sprawiedliwości, a słupki zaufania są niższe niż nieufności.

Proszę zauważyć, że przez ostatnie dwa lata przygotowywano społeczeństwo na zmiany, przekonywano, że są potrzebne. Argumenty, jakimi się posługiwano, oparto na jednostkowych przypadkach bulwersujących zachowań sędziów. Można znaleźć poważniejsze, bardziej merytoryczne argumenty za zmianami w sądach, ale wystarczyły te natury obyczajowej i skandalizującej, aby przekonać ponad 80 proc. Polaków do tego, że wymiar sprawiedliwości wymaga reform.

Nie tych, którzy demonstrowali w obronie sądów na ulicach.

W maju ubiegłego roku, jeszcze przed ofensywą legislacyjną w sprawie sądów, robiliśmy raport otwarcia – przeanalizowaliśmy wszelkie dostępne badania, by dowiedzieć się, co obywatele myślą na ten temat. I okazuje się, że zaufanie do wymiaru sprawiedliwości jest związane z poglądami politycznymi. Najmniejsze mają sympatycy PiS i Kukiz’15, średnie zwolennicy Platformy i PSL, a najbardziej pozytywnie nastawieni są głosujący na Nowoczesną.

To dlaczego za rządów PO zaufanie do sądownictwa było tak niskie?

Kiedy w 2005 r. doszedł do władzy reprezentant prawicy, zrobiło to wrażenie na niezadowolonych, więc zaufanie poszło w górę. PO nie ma takiego potencjału. W sporze o sądy często pojawia się pojęcie konstytucji. Ale żeby art. 45 ustawy zasadniczej mówiący o prawie obywateli do sądów mógł być urzeczywistniony, potrzeba, aby ludzie ufali, że mają szansę na sprawiedliwy proces. To jest elementarna potrzeba bezpieczeństwa, tkwiąca w nas bardzo głęboko. Głębiej, niż sobie wyobrażamy, bo kiedy mówimy „prawo” czy „sprawiedliwość”, mamy wrażenie, że jest to wytwór cywilizacji ludzkiej, który zaczyna się w dalekiej przeszłości od kodeksu Hammurabiego czy wyroków króla Salomona.

I nie mamy racji?

Oczywiście, że nie. Udowodnił to Frans de Waal, holendersko-amerykański naukowiec, eksperymentem z kapucynkami. Polegał on na tym, że wytresowane małpki wykonywały swoją pracę – podawały kamyk człowiekowi – i jako zapłatę dostawały kawałek ogórka. W pewnym momencie jedna z nich dostała słodkie winogrono, a druga znów ogórek. I ta od ogórka rzuciła nim w naukowca. To był wyraz niezgody na niesprawiedliwe potraktowanie. Eksperyment powtarzano, wyniki się potwierdzały. Czasem małpka, która dostawała winogrono, nie przyjmowała go, żeby wyrazić solidarność ze skrzywdzoną towarzyszką. Więc jeśli zwierzęta mają tak rozwinięte poczucie sprawiedliwości, to co dopiero ludzie. Mam wrażenie, że długo nikt nie przejmował się tym, że wielu Polaków nie czuło się po prostu w sądach sprawiedliwie i równo traktowanych.

No właśnie, co ludzie mają do sądów, że czują się niesprawiedliwie w nich traktowani?

Zbadaliśmy, co powinno zaistnieć, żeby ludzie byli przekonani, iż mają sprawiedliwy proces. Pytaliśmy o to osoby, które właśnie otrzymały wyrok – na badanie składało się wypełnienie ankiety i rozmowa. I wyszło nam, że elementy ważne dla poczucia sprawiedliwości są uniwersalne. Na tej podstawie przekonujemy sędziów, że nie wystarczy oddać stronie głos. Należy jej słuchać, patrząc w oczy, a nie w komputer, zamiast przerywać i pospieszać, przypomnieć życzliwie, czego dotyczy sprawa. Należy okazać szacunek, przy czym nie chodzi o szczególną atencję i wyjątkowe uprzejmości, ale o to, aby na sali rozpraw traktować ludzi normalnie – choćby zwracając się do nich per „pan/pani”, a nie przedmiotowo „świadek” czy „oskarżony”, że należy odpowiadać na dzień dobry, gdy wchodzą na salę rozpraw i witają się w taki sam sposób, jak zrobiliby, wchodząc do gabinetu lekarza czy do urzędu.

Sędzia nie odpowiada na dzień dobry?

Wielu uważa, że nie musi, wielu, że nawet nie powinno. Taki przyjął się model: sędzia sfinks, niepokazujący emocji, bez kontaktu wzrokowego ze stronami, a więc bezstronny. Tyle że takie zachowanie budzi raczej niepokój, a nie zaufanie. Kolejna rzecz to równe traktowanie. I nie chodzi tylko o strony w postępowaniu cywilnym. Proszę sobie wyobrazić, że jeśli chodzi o postępowania karne, to jeszcze kilka lat temu w jednej czwartej spraw prokurator był już na sali sądowej, zanim oskarżeni do niej weszli, lub zostawał, kiedy oni już wychodzili. Tak jakby to było jego miejsce, jakby miał większe prawa, jakby to on razem z sędzią byli gospodarzami na sali rozpraw.

Pojawiało się pewnie w oskarżonych przekonanie: „To już po mnie”.

Tak. Na szczęście udało nam się wielu sędziów przekonać, że prokurator dla dobra wymiaru sprawiedliwości nie powinien cieszyć się na sali większymi przywilejami niż obrona. Jak wynika z najnowszego raportu z Obywatelskiego Monitoringu Sądów, dziś takie sytuacje zdarzają się trzy razy rzadziej. Osobom stającym przed sądem towarzyszą bardzo silne emocje i są wtedy wyjątkowo wrażliwe. Nawet jeśli ktoś jest reprezentowany przez pełnomocnika, to sam próbuje się zorientować, co myśli osoba w sędziowskiej todze. Śledzi jej miny, grymasy, stara się rozpoznać, jaki jest jej stosunek do niego. Rozmawiałem z sędzią, która sama była stroną w procesie. Bardzo to przeżyła. Ona, choć procedury były jej dobrze znane, także starała się odgadnąć, co myśli sędzia. A co dopiero musi przeżywać osoba, dla której sądowe teatrum jest nowością. Jak musi się czuć, jak bardzo obawiać, jeśli w dodatku zostanie niegrzecznie potraktowana.

Niegrzecznie potraktowana? Kto, gdzie, i dlaczego miałby tak traktować strony?

Najczęściej w Warszawie i innych dużych ośrodkach, paradoksalnie rzadziej w małych miejscowościach. W sądach okręgowych, nie rejonowych. Dopuszczają się tego doświadczeni sędziowie, nie początkujący. Powodem jest duża liczba spraw, wielkie tempo pracy oraz rutyna. Niektórzy nazywają to chorobą łańcuchową, ale taki syndrom boga, gdzie za profesjonalną wiedzą idzie władza nad drugim człowiekiem, zdarza się i w innych zawodach, np. wśród lekarzy. Gdy nie ma dobrze działającej kontroli społecznej, trzeba silnego charakteru i zdrowej osobowości, by ta władza nie wpłynęła na sposób traktowania innych. Jednak gorszy dzień może zdarzyć się każdemu, zwłaszcza jeśli pracy jest dużo i jest ona frustrująca, a to domena właśnie sądów wielkomiejskich.

Pomówmy o tym obłożeniu pracą. Jeśli chodzi o liczbę sędziów na 100 tys. mieszkańców, to plasujemy się w europejskiej czołówce. Podobnie jeśli chodzi o nakłady na wymiar sprawiedliwości. A jednocześnie wciąż słyszymy, że sędziowie są zarobieni, że potrzeba więcej ludzi i więcej pieniędzy.

Teoretycznie można zatrudnić jeszcze więcej ludzi i wybudować jeszcze więcej sądów, ale już mamy rekordowe nakłady na sądownictwo w Europie. Więc może lepiej gospodarować tym, co mamy? A kwestia sprawności polskich sądów wcale nie jest jednoznaczna. Jeśli spojrzymy w statystyki, okaże się, że jeśli chodzi o postępowania pierwszoinstancyjne, to mieścimy się w pierwszej połowie europejskich notowań z czasem 4,6 miesiąca na zakończenie jednej sprawy. Czyli być może nasi sędziowie są jednymi z najsprawniejszych w Europie. Ale co z tego, jeśli te statystyki dotyczą określonego rodzaju postępowań i wyłącznie pierwszej instancji. Żeby sprawę sporną zamknąć prawomocnym wyrokiem, trzeba czekać dużo dłużej. Zwłaszcza tam, gdzie stajemy w skomplikowanej sprawie przeciwko dużemu podmiotowi, czyli tam, gdzie naprawdę potrzebujemy sądu. Tutaj można czekać wiele lat.

Znam takie sprawy, piszę o nich. Jedna z nich trwa już osiem lat w pierwszej instancji i nic nie wskazuje na to, że się zakończy w najbliższym czasie. I nie dlatego, że sędzia jest tak bardzo obłożony pracą. A po ile spraw rozpatrują sędziowie?

W dużym mieście sędzia cywilista ma kilkaset spraw na biegu. Średnio ok. 300, choć np. w Wołominie ponad 1000. Karnych dużo mniej, ale spadek przestępczości jest zasługą demografii. Liczba spraw cywilnych wciąż rośnie. I proszę sobie wyobrazić sędziego cywilistę, który ma szafę pełną akt, ale te akta już się w niej nie mieszczą, leżą więc na podłodze w stosach. I wpada mu kolejna, i kolejna sprawa. Jeśli jest w miarę prosta, będzie starał się ją jak najszybciej skończyć. Dlatego w sprawie rozwodowej, gdzie z pism procesowych wynika, że strony się porozumiały co do opieki nad dziećmi czy podziału majątku, nawet w Warszawie na pierwsze posiedzenie nie czeka się dłużej niż kilka miesięcy. Pytanie, czy w takich sprawach sąd jest w ogóle potrzebny. Dopóki ustawodawca uznaje, że jest, takie sprawy mają priorytet, ale te, w których naprawdę potrzebujemy sądu, bo konflikt jest poważny, będą lądować na końcu kolejki.

Sędzia kończy szybko postępowania proste, a te trudniejsze odkłada na później.

To nie jest tak, że to jest każdorazowo przemyślana decyzja. Temu sprzyja system bodźców, jaki zafundowaliśmy sędziom. Wie pani, jakie są pozytywne bodźce dla sędziów od systemu, aby dbali o jakość i efektywność pracy? Żadne. Mogą co najwyżej unikać tych negatywnych. Jeśli sędzia stara się o awans, to musi mieć przede wszystkim dobre statystyki. Więc będzie mu zależało na załatwieniu jak największej liczby drobnych spraw. I na tym, żeby mieć jak najmniej uchyłek, czyli aby jak najwięcej wyroków utrzymało się w drugiej instancji. Stąd trudno się dziwić, że sędziowie są bardzo ostrożni w sprawach trudnych, że są prowadzone przez nich zachowawczo, że dopuszczają każdy wniosek dowodowy, chętnie zgadzają się na powołanie biegłych, przekładają zakończenie w nieskończoność. Dlatego nie dziwi mnie te osiem lat w pierwszej instancji, a potem będzie druga instancja i kolejne lata. Do tego w niektórych sprawach przysługuje skarga kasacyjna. Teraz dojdzie skarga nadzwyczajna. Więc sprawa może wielokrotnie wracać do pierwszej instancji, a tymi statystycznymi 4,6 miesiąca to możemy co najwyżej stronę takiej sprawy doprowadzić do łez. Rzadziej ze śmiechu, częściej z żalu i frustracji.

Statystycznie do sądów trafia co roku 16 mln spraw. To ogromna liczba, która jest często argumentem za tym, żeby dać jeszcze więcej pieniędzy na wymiar sprawiedliwości, zwiększyć opłaty sądowe, spopularyzować mediacje itd.

Tyle że nie wszystkie te sprawy są procesowe, jest kilka milionów tych spornych, wymagających wyroku, przejścia przez instancje. Reszta to księgi wieczyste, wpisy do rejestrów, rzeczy rutynowe. W dodatku nawet te 16 mln to bardzo myląca liczba. Dlaczego? Bo dla nas sprawa to sprawa – od początku do końca, czyli prawomocnego wyroku. Tymczasem z punktu widzenia sądowej statystyki każda decyzja, np. o przydzieleniu obrońcy z urzędu albo o zwolnieniu z kosztów sądowych, otrzymuje nową sygnaturę i nabija licznik. Tak samo kiedy sprawa trafia do drugiej instancji – też dostaje nowy numer. A z punktu widzenia strony to ciągle jest ta sama sprawa, choć w statystykach figuruje jako kolejna. Inna rzecz, że sądy rozpatrują wiele spraw, które tak naprawdę nie powinny. Na przykład pies głośno szczeka, sąsiedzi się poskarżyli, na właściciela został nałożony mandat, ten go nie przyjął. Sąd nałożył grzywnę, ale od tego można się odwołać. I nerwowy pies jedzie do sądu okręgowego. Można założyć, że w takiej sprawie prawomocny wyrok zapadnie w miarę szybko, niemniej jednak nie zakończy to konfliktu między sąsiadami, ten będzie trwał i prawdopodobnie zaowocuje pojawieniem się kolejnych spraw, które – jeśli nic się nie zmieni – znów będzie musiał załatwić sąd. Dlatego w instytucji sędziego pokoju, która powinna przejąć rozpatrywanie wykroczeń, nacisk powinien być położony nie na słowo „sędzia”, a na „pokój”. Nie powinni nimi zostawać prawnicy zaraz po studiach, ale osoby, które będą potrafiły między skłóconymi stronami mediować, przyczynę interwencji policji w zrozumiały sposób wytłumaczyć, przekonać, że dane zachowanie jest nieakceptowalne, a nie tylko zastosować przepisy i wlepić grzywnę lub areszt.

To ile spraw powinien mieć do załatwienia sędzia w ciągu miesiąca, żeby procedowanie szło mu sprawnie? Słyszałam różne liczby, na przykład, że 15 byłoby wartością, która usprawniłaby orzekanie.

Powiem coś, czego nie wypada przyznać sędziom: w naszym systemie można być sędzią leniem przez całe życie i dobrze funkcjonować. Wystarczy mieścić się w pewnych formalnych ramach – np. pisać uzasadnienia w terminie, nikt się nie będzie wtrącał ani przyganiał. Wystarczy, że w każdej sprawie, którą ma się w swojej szafie, co pewien czas – czyli co kilka miesięcy – wykona się jakąś czynność. To oznacza, że coś się dzieje, a więc nie ma podstaw do stwierdzenia bezczynności. A że te czynności są czasem pozorne, że niczego nie wnoszą do sprawy – mniejsza o to.

Sędzia Waldemar Żurek, rzecznik Krajowej Rady Sądownictwa, odpowiedziałby panu, że bardzo się pan myli albo jest stronniczy. Bo jest takie narzędzie jak wytyk prezesa sądu albo sąd dyscyplinarny.

W każdym zawodzie, w każdym miejscu pracy zdarzają się osoby, które wykonują swoje zadania jak najmniejszym wysiłkiem. To naturalna ludzka skłonność. Mądre organizacje starają się ją wykorzystać na swoją korzyść. Zachęcają pracowników do tego, aby sami poszukiwali i wdrażali rozwiązania problemów, które zwiększają efektywność – czyli przynoszą te same rezultaty mniejszym nakładem sił i środków. Tymczasem w polskich sądach takich zachęt brak. Jeśli zdarzy się innowator, to spotyka go raczej środowiskowy ostracyzm, bo jak w ministerstwie się zorientują, że robimy coś szybciej niż w sądzie obok, to na pewno zabiorą nam etat. Sam obserwowałem zresztą kilka procesów zabijania w pracownikach wymiaru sprawiedliwości entuzjazmu i pomysłowości. To straszne marnotrawstwo.

A wytyk...

Narzędzie w postaci wytyku administracyjnego dotyczącego sprawności orzekania teoretycznie istnieje, ale jego używanie budzi spore kontrowersje, ponieważ nie ma uniwersalnych reguł. Często słyszymy od sędziów, że dostali wytyk za opieszałość, choć ich koledzy z tego samego sądu mają większe opóźnienia, ale narazili się prezesowi czymś innym albo po prostu ich nie lubi. Sędzia w Polsce nie ma wymiaru czasu pracy. Tak, ma się zająć wszystkim, co mu wpływa. To nierealne, sędziowie muszą spać, jeść, odpocząć, poświęcić czas rodzinie. Ich mózgi potrzebują tlenu. Więc w jaki sposób obywatel ma mieć szansę na sprawiedliwy proces? W małych sądach, gdzie liczba spraw na jednego sędziego nie przekracza w wydziale cywilnym 150, jest to możliwe. Tam może się pochylić nad ich sprawą. Z badań przeprowadzonych pod kierownictwem prof. Shai Danzigera z uniwersytetu w Tel-Awiwie wynika, że im bardziej zmęczony sędzia, tym bardziej zachowawczo i schematycznie orzeka. Trudno się dziwić. Człowiek przepracowany nie może być kreatywny, nie będzie myślał o rozwiązaniu problemu, ale o odfajkowaniu sprawy w taki sposób, żeby jak najmniej ryzykować.

Jak się może narazić sędzia?

Każda apelacja jest litanią zarzutów wobec sędziego, więc teoretycznie sędzia naraża się, wydając każdy wyrok. Krytyka orzeczeń jest wpisana w rolę społeczną sędziego – każda osoba, zostając sędzią, się na nią godzi i łatwiej jest sobie z nią dzięki temu poradzić. Gorzej z krytyką dotyczącą nie meritum rozstrzygnięć, a np. tempa ich wydawania. Tu powstaje niebezpieczny dla obywateli dysonans. Sprawa, która została zakończona na pierwszym posiedzeniu sądu, jest tak samo punktowana jak ta, która zakończyła się ugodą, choć zanim do niej doszło, sędzia musiał się napracować: przeczytać akta, spotkać się ze stronami kilka razy, przekonać je. Mało tego: sprawa, która zakończyła się po kilku latach, kosztowała sędziego wiele wysiłku, w której decyzja ważyła się do końca i sędzia musiał podjąć się ryzykownych rozstrzygnięć kwestii abstrakcyjnych, także jest tak samo punktowana, jak ta, która skończyła się po pierwszym posiedzeniu, bo była banalnie prosta. Po prostu liczy się sztuka. Co gorsza, za tę skomplikowaną sprawę można jeszcze dostać po uszach od kolejnej instancji, która uznałaby, że należy ją osądzić inaczej. Dlatego sędziowie rejonowi mówią czasem o swoim miejscu pracy jako o fabryce – w której oczekuje się jak najszybszego wykonania powtarzalnych czynności według ustalonego wzorca.

Mówił pan o strategiach, które w ramach przepisów sprzyjają przewlekłości spraw. Kolejną z nich jest robienie błędów w pismach procesowych, ale akurat to ma się zmienić.

Na razie sąd ma obowiązek dać szansę na poprawienie błędu stronom. I do tej pory było tak, że aby przedłużyć sprawę, sprytni prawnicy słali na przykład niepodpisane pismo, co skutkowało kolejnym przedłużeniem terminu. Teraz sąd ma mieć prawo pozostawić bez rozpatrzenia pisma, które uzna za celujące w przedłużanie postępowania.

Mam wrażenie, że jest to kwadratura koła: zawsze z sali sądowej ktoś wyjdzie niezadowolony. Ale sedno sprawy tkwi w tym, żeby jak najwięcej osób było usatysfakcjonowanych i żeby procesy trwały jak najkrócej. Czyli w efektywności.

Jeśli chodzi o efektywność, to ogromny potencjał ma digitalizacja. Dziś wszystko w sądzie musi być wydrukowane. Dlatego w pokojach sędziów zalegają góry papierowych akt, a pełnomocnicy godzinami stawiają parafki, potwierdzając za zgodność z oryginałem tysiące stron kopii dokumentów. Sędziowie w prywatnych wiadomościach wymieniają się przez internet zdjęciami swoich gabinetów i stosów papierów, które zalegają każdy kąt. Kolejne rządy mówiły o informatyzacji sądów, na wyposażenie w komputery przeznacza się ogromne środki. Ale skończyło się to tym, że choć pecety na sale sądowe zawitały, to robią jedynie za maszyny do pisania. Bo na koniec dnia wszystko jest drukowane. To tak, jakby w oborze, gdzie stoi tysiąc krów, zamiast aparatury do automatycznego dojenia zainstalować jedynie głośniki, które będą mówiły dojarce siedzącej na stołeczku: prawa dójka, lewa, prawa, lewa, prawa...

Na przełomie 2017 r. i 2018 r. nic nie tłumaczy, dlaczego nasze sądownictwo nadal tkwi w XIX w. i komunikuje się prawie wyłącznie w formie papierowej.

Albo zdarza się tak, jak w jednej z mojej spraw cywilnych, że sędzia się pomylił i wyznaczył trzy rozprawy jednego dnia, w jednej sali, o tym samym czasie. Na szczęście zadzwonił do mojego pełnomocnika, ten powiadomił mnie, a ja świadków. Natomiast wiem od adwokatów, że często jadą przez pół Polski na sprawę, która się nie odbywa. W sytuacji, którą pani opisała, najbardziej dramatyczne jest to, że w XXI w., temu, że wyznaczone są trzy sprawy na jedną godzinę, winien jest człowiek. Nawet najmniejsze firmy mają prosty system zarządzania salami. Na wyznaczenie trzech spotkań w tym samym miejscu o tym samym czasie nie pozwoli im program komputerowy. Nikt nie musi o tym pamiętać. Sądy teoretycznie takie systemy mają – dużo bardziej rozbudowane – ale trzeba znać ich funkcje i z nich korzystać. Niestety nie sposób zmusić sędziego, aby skorzystał z dobrodziejstwa systemów informatycznych. Dlatego w sądach jest podobnie jak w służbie zdrowia, gdzie co chwila słyszymy o tym, że kupione za miliony najnowocześniejsze urządzenia diagnostyczne stoją w magazynach i nie są wykorzystywane, bo brakuje przeszkolonych techników i lekarzy.

Nie ma kiedy załadować taczek?

No, trochę właśnie tak. Wysyła się pisma i zawiadomienia, bo zawsze tak było. Więc nie ma powodu, by działać inaczej. I nie ma przepisów, które by skłaniały sędziów do tego, żeby wklepywali swoje sprawy w informatyczne rejestry. Tak samo jak nie ma narzędzi, by wynagradzać obsługę sądów za to, aby się przyłożyła do pracy. Asystent sędziego w Warszawie, mieście, gdzie jest największe obłożenie pracą, będzie zarabiał tyle samo co jego odpowiednik na prowincji, gdzie pracy jest mniej. Znam przypadek sędziego, który został ukarany za to, że odmówił przyjęcia spraw, które dostał po innym sędzi. Bo jeszcze raz powtarzam, że sędzia nie ma określonego czasu pracy ani liczby spraw, które ma rozpoznać. Ma zrobić wszystkie, które wpłyną do jego referatu. Ten sędzia dostał w spadku 400 spraw. I odmówił, powiedział, że nie jest w stanie tego przerobić. Został ukarany. Rzecz była głośna, na sędziowskich forach dyskutowana.

Za co konkretnie został ukarany?

Argumentem za karą było to, że mógł wykonać chociaż czynności w tych kilku sprawach, w których zbliżał się termin. Mija jakiś termin, trzeba podjąć działania, często wystarczy wysłanie prostego pisma. Wydaje się proste i logiczne. Uderzył mnie głos, który w obronie tego sędziego ujawnił smutną prawdę o sposobie organizacji pracy naszego wymiaru sprawiedliwości: „Ale przecież żeby ustalić, w której sprawie zbliża się termin, musiałby się przekopać przez te wszystkie akta, na co nie miał ani sił, ani czasu”. To jest o tyle paranoiczne, że dziś nawet niewielka firma używa programów komputerowych, w których pracownicy rejestrują kolejne czynności w prowadzonych przez siebie sprawach. Jeśli jeden pracownik zachoruje albo odejdzie, ktoś inny widzi, co było ostatnio robione, a co leży odłogiem. Nawet małe kancelarie prawnicze korzystają z aplikacji, które podpowiadają, kiedy upływa jakiś termin. Choć w sądach są komputery i odpowiednie programy, ich potencjał jest niewykorzystany. Więc gdy referat jednego sędziego trafia z jakiegoś powodu do kolegi, to zamiast informacji w systemie komputerowym wraz z łatwym podglądem tego, co jest pilne, pracownik sekretariatu przywozi sędziemu kilkaset albo kilka tysięcy tomów akt wózkami. Takimi jak w supermarkecie.

Widziałam. I zastanawiałam się, czy oni te wózki kupili, czy wypożyczyli za złotówkę, jak bezdomni to mają w zwyczaju.

Z odejściem od papieru w sądach jest problem ogólnoświatowy. We Włoszech niektóre orzeczenia sędziowie wypisują nadal odręcznie. W USA w jednym z nowojorskich sądów widziałem akta składowane pod ławkami dla publiczności, bo gdzie indziej nie było już dla nich miejsca. A przecież mamy nad USA i Europą jedną ważną przewagę. Jesteśmy krajem transformującym się. Społeczeństwo jest bardziej otwarte na zmiany i innowacje. Świetnie widać to po systemie bankowym, który w Polsce jest dużo nowocześniejszy niż na Zachodzie. Między innymi dlatego, że nie trzymają wszystkiego w postaci papierowej, banki oszczędzają rocznie miliony. Tymczasem my z każdym rokiem konserwujemy XIX-wieczny świat sądownictwa wzorowanego od strony administracyjnej na sądach byłych zaborców. Tracimy wielką szansę na to, aby nasze sądownictwo było najnowocześniejsze, a co za tym idzie, najszybsze, najtańsze i popełniające najmniej błędów. Świętym Graalem kolejnych ministrów sprawiedliwości była i jest mityczna informatyzacja. Informatyzujemy sądy – czyli obudowujemy je urządzeniami, systemami, e-sądami, e-wokandami i e-protokołami, czyniąc je jeszcze bardziej skomplikowanymi i ociężałymi, zamiast zorganizować sądy zupełnie od nowa. Zastanówmy się: co tak naprawdę jest konieczne do realizacji art. 45 konstytucji – czyli prawa do sprawiedliwego i jawnego rozpatrzenia sprawy w rozsądnym czasie przez niezawisły, niezależny i bezstronny sąd? Z pewnością jedną z tych rzeczy nie jest dziś papier. Nie jest nią też tradycyjna poczta. Być może nie będą nią nawet marmurowe schody, kolumnady i wełniane togi.

To co robić?

Zamiast inwestować niebagatelne sumy w dostosowywanie XIX-wiecznej instytucji do realiów XXI w., powinniśmy raczej zaprojektować od zera nowe sądy z wykorzystaniem współczesnych możliwości i potrzeb, uruchomić je pilotażowo w kilku miejscowościach, zatrudnić nowy personel, powołać sędziów nieskażonych pracą z papierowymi aktami i pozwolić działać im równolegle. Niech Polacy wybiorą sąd, który zajmie się ich sprawą. Jednoczesna kampania „nowoczesne sądy”, zamiast szkalować dotychczasowe sądownictwo, powinna zachęcać do korzystania z dobrodziejstw jego nowocześniejszej formy, aby dzięki edukacji i zaletom nowej instytucji w końcu większość spraw trafiała do sądów XXI-wiecznych. Dopiero wtedy, gdy praktyka sądów pilotażowych by okrzepła, można by zacząć przekształcać kolejne placówki nowego typu.

To jak można by to uzyskać?

Prawo o sądach, o ich organizacji i zarządzaniu, jest u nas pisane tylko przy udziale prawników. Oni znają prawo, ale sądy to nie tylko procedury, to też ludzie, a coraz częściej technologie. Gdyby do stanowienia prawa o organizacji i administrowaniu sądami zaprosić fachowców z innych dziedzin niż prawo – praktyków zarządzania, psychologów, socjologów, informatyków czy nawet specjalistów od PR, gdyby dać sądom szansę na wykorzystanie całego tego potencjału wiedzy i doświadczenia, które mają im do zaoferowania nieprawnicy, i zacząć się komunikować ze społeczeństwem nie tylko za pomocą negatywnych emocji, można by zrobić wielką rzecz. Zbudować faktyczne podstawy zaufania do wymiaru sprawiedliwości. Zaczęliśmy od statystyki, skończmy więc naszą rozmowę na niej. Wbito nam do głów, że jesteśmy społeczeństwem, które ma bardzo niski współczynnik zaufania społecznego – czyli z zasady nie ufamy osobom, których nie znamy. To oklepany fakt. Jednak mało kto wie, że choć w innych krajach europejskich współczynnik zaufania społecznego jest na różnym poziomie, to zawsze zaufanie do wymiaru sprawiedliwości jest od niego nieco wyższe. U nas jest na odwrót. Nie dość, że nie za bardzo ufamy sobie nawzajem, to jeszcze mniej ufamy naszemu wymiarowi sprawiedliwości. I konia z rzędem temu, który będzie potrafił to zmienić.

Gdyby do stanowienia prawa o organizacji i administrowaniu sądami zaprosić fachowców z innych dziedzin niż prawo – praktyków zarządzania, psychologów, socjologów, informatyków, specjalistów od PR, gdyby dać sądom szansę na wykorzystanie całego tego potencjału wiedzy i doświadczenia, które mają im do zaoferowania nieprawnicy, i zacząć się komunikować ze społeczeństwem nie tylko za pomocą negatywnych emocji, można by zrobić wielką rzecz. Zbudować faktyczne podstawy zaufania do wymiaru sprawiedliwości