Pamiętam, kiedy pani powiedziała: nie chcę być definiowana przez to, że jestem matką dziecka z zespołem Downa.

Bo dlaczego miałabym być.

Ale pani nią jest.

Przede wszystkim jestem człowiekiem, kobietą, sobą. Zresztą gdyby Jonatan nie miał zespołu Downa, tylko był zwykłym dzieckiem, to fakt, że jestem mamą, też nie byłby na pierwszym miejscu.

A na którym?

Ostatnio kobieta, której córka z zespołem Downa ma zajęcia logopedyczne tuż przed moim synem, zapytała, dlaczego nie chcę jeździć z Jonatanem na obozy dla ludzi z zespołem Downa, również dorosłych. Tłumaczyła, że ona tam jeździ po to, żeby się zaimpregnować, żeby móc potem patrzeć na swoje dorosłe dziecko, żeby przywyknąć, oswoić się. Dla mnie dziecko z zespołem Downa nie jest elementem wystarczająco łączącym mnie z innymi ludźmi, którzy są rodzicami takich dzieci. Moje życie się zmieniło, jasne, jak życie każdego, kto zostaje rodzicem. Mam znajomych, którzy mają dzieci z zespołem Downa, mam takich, którzy mają dzieci neurotypowe, i takich, którzy nie mają dzieci. Wszyscy mamy swoje problemy i wystarczająco empatii, żeby się wzajemnie rozumieć.