Jeśli jednak proponowany w ustawie o IPN przepis może być interpretowany zbyt szeroko (trzeba odróżnić jego brzmienie i choćby potencjalną wykładnię od intencji, z powodu których został sformułowany), w tym także jako jakiekolwiek zagrożenie nie tylko dla oczywistych i obrzydliwych kłamstw, ale i dla swobodnej debaty historycznej, to warto go zmienić, doprecyzować, biorąc pod uwagę również zastrzeżenia izraelskich czy żydowskich przyjaciół.

Wyjąwszy zaślepionych nienawiścią, owładniętych uprzedzeniami lub złą wolą albo kierujących się jakąś nieprzyzwoitą kalkulacją polityczną, co do zasadniczych faktów pewnie wszyscy są zgodni. Holokaust był dziełem Niemców. Nie było polskich obozów śmierci. Były niemieckie, których załogi składały się z Niemców, wielu Austriaków i niekiedy innych pomocników Hitlera. Nie było wśród nich Polaków. Polacy, podobnie jak niezliczeni Żydzi oraz przedstawiciele innych zniewolonych narodów, byli w barakach i za drutami kolczastymi, a nie na wieżyczkach strażniczych.

Obozy stworzono na terenach okupowanej Polski i w innych miejscach. Państwo polskie działające w podziemiu nie tylko nie wspierało – zupełnie inaczej niż np. francuski reżim Pétaina czy inni sojusznicy nazistów – Niemców, ale informowało świat o mordzie na Żydach i niosło im pomoc. Do historyków należy ocena, czy mogło uczynić więcej. Na ziemiach okupowanej Polski – inaczej niż w krajach zachodniej Europy – za jakąkolwiek pomoc Żydom groziła śmierć, a do tego stosowano zasadę zbiorowej odpowiedzialności.

Ukrywanie Anny Frank i jej rodziny w Amsterdamie, a pomoc podobnym rodzinom w Warszawie to nie było to samo. Mimo to wielu Polaków z narażeniem życia ratowało Żydów. Byli też jednak wśród nas podli ludzie (bo byli i są wszędzie): szmalcownicy, donosiciele, a nawet mordercy owładnięci żądzą zysku, nienawiścią lub strachem. Antysemityzm przedwojenny i późniejszy nie jest wymysłem. Ale, mówiąc brutalnie, czym innym jest opisywanie, analizowanie i ocenianie roli oraz odpowiedzialności mieszkańców miasteczka za Jedwabne, a czym innym teza, że naród lub państwo polskie uczestniczyły w Zagładzie.

W Archiwum Ringelbluma i w bardzo licznych dziennikach, wspomnieniach i zapiskach, których autorzy nie przeżyli wojny, oraz w relacjach Ocalonych, a także w innych książkach, w tym wydawanych przez Żydowski Instytut Historyczny czy Centrum Badań nad Zagładą Żydów, są świadectwa wspaniałe, ale są też dla nas niewygodne, przerażające. Jest w nich cała złożona prawda o człowieczeństwie i o nieludzkich czasach.

Polska ma prawo sprzeciwiać się niedorzecznym kłamstwom lub skrótom myślowym, które niosą w sobie ziarno takich kłamstw. Krótko mówiąc, ma prawo walczyć z „polskimi obozami śmierci” i podobnymi idiotyzmami (inna sprawa, czy penalizacja jest właściwą metodą). Nie ma prawa i zamiaru ignorować historii w żadnym jej aspekcie. I rozmaitych – czasem bolesnych – różnic w jej interpretacji i ocenie. W takim ujęciu spór ze stroną żydowską jest szokującym i, miejmy nadzieję, krótkotrwałym nieporozumieniem, które wskazuje, niestety, jak łatwo – mimo dobrych relacji – rośnie poziom nieufności i wielu zbędnych emocji. Najwyraźniej potrzeba więcej wysiłku i dobrej woli po obu stronach, w oderwaniu od jakichkolwiek politycznych koniunktur w Polsce i Izraelu.