- Wydaje mi się, że w dalszym ciągu himalaistom wierzy się na słowo, podobnie jak wszystkich sportowcom ekstremalnym i podróżnikom, odkrywającym nowe tereny, aż do momentu, gdy ktoś nie zakwestionuje danego wyczynu. Musi pojawić się jednak bardzo solidna dokumentacja potwierdzająca racje osoby, która podważa konkretne przejście czy rekordowe osiągnięcie - mówi w rozmowie z GazetaPrawna.pl Dominik Szczepański, dziennikarz zajmujący się himalaizmem.

- Warto przy tej okazji powiedzieć, że ludzie podejmujący się sportów ekstremalnych i dokonujący rekordowych osiągnięć, znajdują się w momencie swoich wyczynów poza nawiasem społecznym. Są w jakimś sensie marginalizowani, ponieważ żyją inaczej niż reszta społeczeństwa. Część ich podziwia, z kolei inni uznają za szaleńców. Zostaje im jednak poparcie środowiska, którego są częścią. Co jednak w sytuacji, gdy środowisko uzna ich za kłamców? Wtedy tak naprawdę zostają sami - dodaje Szczepański.

Sam Tomasz Mackiewicz zanegował pierwsze zimowe wejście na Nanga Parbat, którego dokonali Włoch Simone Moro, Pakistańczyk Muhammad Ali oraz hiszpański Bask Alex Txikon. Kwestionując wejście ekipy Txikona, Mackiewicz powoływał się na pozycję wskazywaną przez tracker GPS.

- Pomiary trackera rzeczywiście się nie zgadzały - potwierdza Szczepański. - Firma, która obsługiwała ten sprzęt oświadczyła jednak, że było to wynikiem awarii. Pierwsi zimowi zdobywcy pokazali jednak zdjęcie ze szczytu. Choć teoretycznie powinno to rozwiać wszelkie wątpliwości, Tomek chyba jednak nigdy do końca im nie uwierzył. (…) Kiedy zespół Alexa Txikona pojechał zimą 2016 r. pod Nanga Parbat, jego dziewczyna wyposażona w aparat z teleobiektywem na bieżąco wrzucała do Internetu fotografie z akcji jego zespołu w ścianie. Kiedy weszli na szczyt, natychmiast połączyli się z bazą i opowiedzieli o sukcesie.

Dlaczego w podobny sposób świata nie obiegła informacja o wyczynie Polaka i Francuzki? - Mackiewicz i Revol byli niskobudżetową ekipą. Składała się ona z dwóch osób. Nie mieli wielkiej bazy, kuchni czy zaplecza lekarskiego. Na szczyt weszli podobno przy dużym zachmurzeniu, bardzo późno i w bardzo trudnych warunkach. Już wtedy zaczynał rozgrywać się tam dramat. Tomek zaczął tracić wzrok, miał chorobę wysokościową, nie mógł oddychać. Elisabeth przede wszystkim musiała się skupić na pomaganiu mu podczas zejścia. Z jej relacji wynika także, że z ust Tomka zaczęła cieknąć krew. Ona też była wykończona, kiedy później ratowała swoje życie, doznała halucynacji spowodowanych przebywaniem w tak ekstremalnych warunkach. Oznacza to, że na miejscu działy się rzeczy, które nie pozwoliły zespołowi na przekazanie informacji o wejściu na szczyt. Koncentrowali się na ratowaniu życia - kontynuuje dziennikarz.

Czytaj cały wywiad na >> GazetaPrawna.pl >>