Żarty mają prostą przyczynę. Na Ukrainie Saakaszwili rozmienił swoją karierę na drobne. Przybywał tam ponad dwa lata temu z renomą człowieka, który wyplenił w Gruzji korupcję i zliberalizował jej gospodarkę. Wyrzucono go z jednoprocentowym poparciem i opinią klauna, którego stopniowo opuściła większość oddanych zwolenników reform, którzy jeszcze kilkanaście miesięcy temu widzieli w "Miszy" nadzieję na zmiany.

I przeliczyli się, bo Saakaszwili – obecny wróg prezydenta Petra Poroszenki, a dawniej jego bliski kolega ze studiów w Kijowie – przybył na Ukrainę bez tych, którzy robili za jego plecami czarną robotę. Bez Wana Merabiszwilego, który w Gruzji odpowiadał za zmiany w strukturach siłowych, bo nowe władze wtrąciły go za kratki za nadużycia. I bez Kachy Bendukidzego, specjalisty od drastycznej deregulacji gospodarki, który co prawda po rewolucji godności przybył na Ukrainę, ale wkrótce zmarł na serce.

I okazało się, że bez nich Saakaszwilemu zostaje tylko charyzma. I to taka, która może działać na gorące głowy mieszkańców Gruzji, ale już na nieco chłodniejszej emocjonalnie Ukrainie częściej budzi irytację i złośliwe uśmieszki. Również otoczenia prezydenta, którego regularnie oskarżał o korupcję. Słusznie, bo to otoczenie do najczystszych nie należy, ale i bez przekonujących dowodów.

Z połączenia irytacji Poroszenki i awanturnictwa Saakaszwilego powstał ten żenujący spektakl, w którym Gruzin najpierw został z naruszeniem prawa pozbawiony paszportu (który uzyskał również z naruszeniem prawa, ale to inna historia), potem udało mu się przedostać szturmem przez polsko-ukraińską granicę, by kilka razy z różnym skutkiem walczyć z próbującymi go zatrzymać mundurowymi. Na czele z uciekaniem na dach przed funkcjonariuszami kontrwywiadu.

Ostatecznie mu się nie udało. Wczoraj Saakaszwilego wsadzono na pokład wyczarterowanego samolotu i odesłano do Warszawy. Polacy go przyjęli, ponieważ jego żona Sandra Roelofs jako Holenderka ma unijny paszport. To pewnie jeszcze nie koniec epopei. Skoro w ubiegłym tygodniu pod Sejmem potrafił demonstrować populista Ołeh Laszko, który za partyjny symbol obrał sobie widły, teraz pewnie były gubernator Odessy przeniesie skrawek ukraińskiej polityki nad Wisłę. Ciąg dalszy zapewne nastąpi.