Serwisy internetowe zgodnie nazwały zdarzenie tragedią, w radiu usłyszałem o dramacie, zaś telewizyjne programy informacyjne cały czas powtarzały, że to najdziwniejszy wypadek od lat. Nie zgadzam się. Moim zdaniem to żadna tragedia. To po prostu selekcja naturalna. Matka Natura używa jej od momentu, w którym na Ziemi pojawiły się pierwsze żywe organizmy. Dąb gubi co roku tysiące żołędzi, ale tylko pojedyncze egzemplarze są na tyle silne, by wyrosło z nich nowe drzewo. Żółw morski składa około stu jaj, jednak większości wyklutych w dołku na plaży małych żółwików nie udaje się dobiec do wody. Jeśli mają szczęście, to tylko część z nich zostanie wyłapana przez ptaki. Jeśli nie – wszystkie spałaszuje jakiś legwan, i to jeszcze zanim zdołają przebić swoimi małymi główkami skorupki jajek. W przypadku ludzi sprawy wyglądają inaczej. Mamy wolną wolę, intelekt, uczucia, rozum, duszę, poczucie solidarności, sprawiedliwości etc. Więc pomagamy biedniejszym, skrzywdzonym, niepełnosprawnym, opiekujemy się starszymi i tymi, którym życie dało niezły wycisk albo po prostu nie udało się im tak, jak nam. To normalne, piękne i ludzkie jednocześnie.

Pytanie, czy powinniśmy pomagać również skrajnym głupkom, którzy są nimi z własnej winy – takim jak ci, którzy zatrzymali się na trasie S8. Wiem, że to bardzo kontrowersyjne, co zaraz napiszę, ale... czy nie prosili się o to sami? Zatrzymać się na środku ekspresówki i wysiąść z auta to jak grzebać widelcem w gniazdku elektrycznym z przekonaniem, że przecież nic nie może się stać. Trzeba być pozbawionym szarych komórek bęcwałem. Koniec, kropka.

Patrząc czasami na to, co robią Polacy na drogach, poważnie zastanawiam się, czy egzamin na prawo jazdy nie powinien być testem na inteligencję. Bo znaków, włączania kierunkowskazów, przerzucania biegów czy naciskania hamulca można się nauczyć. Nawet przeciętny szympans by to ogarnął. Ale na drodze trzeba też intensywnie myśleć, przewidywać, kalkulować, a tego szympansy nie potrafią. Dlatego nie wolno im prowadzić samochodów. Nie rozumiem zatem, dlaczego nie zakazuje się tego niektórym ludziom. Choćby umierali z głodu, to nie potrafiliby wykorzystać patyka do strącenia jabłka z drzewa, a pozwala się im siadać za kółkiem 1,5-tonowego stalowego potwora mogącego pędzić 200 km/h. A najgorsze jest to, że przez takich kretynów cierpią ci, którzy po prostu mieli pecha – bo spotkali ich na swojej drodze.

A teraz przejdźmy do Volvo XC40, którym jeździłem przez kilka ostatnich dni. Niedawno Szwedzi postanowili sobie, że za pięć lat ich samochody będą tak bezpieczne, że zminimalizują liczbę ofiar, jaka ginie w ich autach albo przez nie do... zera. I po tym, co zobaczyłem w XC40, jestem pewien, że tak będzie – to auto z najlepiej dopracowanymi systemami wspomagającymi kierowcę, jakim jeździłem. I nie chodzi tutaj o nowinki techniczne, których nie ma konkurencja, tylko o to, w jak mądry, spokojny i przemyślany sposób wszystko to działa. Gdy np. w jakimś aucie zbytnio i nagle zbliżycie się do przeszkody, komputer uruchomi hamulec z taką siłą, że w bagażniku waszego auta natychmiast zaparkuje jakiś tir. W XC40 to niemożliwe – samochód w ułamku mikrosekundy oceni, że totalne hamowanie jest niepotrzebne i dosłownie muśnie hamulec, a wam pozwoli zrobić całą resztę. To auto nie próbuje wyręczać kierowcy wtedy, gdy jest to niepotrzebne. Zamiast go zastępować i oduczać dobrych nawyków, dodatkowo je pielęgnuje. A to coś zupełnie nowego. I znacznie lepszego.

Pomijając zaawansowane systemy bezpieczeństwa, XC40 jest najlepszym obecnie produkowanym małym SUV-em. BMW X1, audi Q3 czy mercedes GLA nie sięgają mu do wentyli w kołach pod względem poziomu wykończenia, wyciszenia wnętrza, komfortu i prowadzenia. Jeździłem wersją D4 ze 190-konnym dieslem, w której przy 160 km/h było słychać własne myśli. Rozpędzała się do setki w niespełna 8 sekund, ośmiobiegowa skrzynia bardzo płynnie zmieniała przełożenia, a spalanie przy dynamicznej jeździe nie przekraczało 8 litrów paliwa. Resorowanie mogę porównać do najlepszych samochodów niemieckich, a układ kierowniczy jest lepszy niż w niejednym hot-hatchu: pewny, bezpośredni, ale nie nerwowy. Nawet przy bardzo wysokich prędkościach czujecie, że w pełni panujecie nad samochodem. Nowe S90 czy XC60 też prowadzą się dobrze, ale w przypadku XC40 Szwedzi wdrapali się na jeszcze wyższy poziom zarezerwowany dotychczas wyłącznie dla BMW czy Audi.

Jestem naprawdę pod ogromnym wrażeniem postępów, jakich Volvo dokonało w ciągu ostatnich lat. Dawniej porównywanie jego aut z niemiecką konkurencją było mocno na wyrost – trochę jak porównywanie Whoppera z Buger Kinga do mrożonej buły z mielonym z Biedronki. Ale dzisiaj to już zupełnie inna bajka. Volvo wszystkimi czterema kołami mocno stoi w klasie premium. A w wielu kategoriach (np. wykończenia wnętrza i użytych do tego materiałów) prezentuje nawet wyższy poziom niż niemiecka trójca.

Niestety, w związku z tym wszystkim premium w Volvo jest już również cena. Dobrze wyposażone 190-konne XC40 wyszarpie wam z portfela 180–190 tys. zł. A jak zaczniecie wybrzydzać, to wskoczycie na 210–220 tys. zł. Za 900 zł możecie np. zamówić sobie boczki drzwi i podłogę wykończoną kolorową wykładziną. Ostatnio widziałem taką samą w markecie Leroy Merlin po 39,90 za mkw. Wyliczyłem, że obicie nią wnętrza XC40 kosztowałoby jakieś 200 zł, już z robocizną.

Mimo to wiem, że wielu z was jest skłonnych wydać sporą sumę na nietuzinkowe, dopracowane, dające przyjemność z jazdy auto z napędem na cztery koła i bogatym wyposażeniem. Mam więc dla was radę – bądźcie mądrzy i idźcie prosto do salonu Volvo.