Obecnie wiceminister w Polsce zarabia ok. siedem tys. zł na rękę. Minister - dwa-trzy tysiące więcej - to zależy od stażu pracy, itd. Można na te kwoty spojrzeć w różny sposób. Biorąc po uwagę, że pensja minimalna to obecnie 2100 zł brutto, a obliczone przez Główny Urząd Statystyczny przeciętne wynagrodzenie w IV kwartale ubiegłego roku wyniosło nieco ponad 4,5 tys. zł brutto, to jest to dużo. Ale trzeba też pamiętać, że w dużych miastach cenieni specjaliści zarabiają więcej, znacznie więcej niż 7 tys. zł na rękę. Jak zwykle więc, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Na dodatek teraz często dochodzi do paradoksalnych sytuacji, że dyrektorzy urzędów zarabiają więcej niż ministrowie, czyli w efekcie podwładni zarabiają więcej niż przełożeni. To atmosfery pracy nie poprawia.

Inną konsekwencją takiego stanu rzeczy jest to, że posada wiceministra może być traktowana jako konieczne zło, w pewnym sensie odrobienie pańszczyzny, przed pójściem do zarządu którejś ze spółek skarbu państwa, gdzie zarabia się znacznie więcej. W tej kadencji takie ruchy kadrowe dotyczyły Radosława Domagalskiego Łabędzkiego, który był wiceministrem rozwoju i został prezesem miedziowego potentata KGHM, czy Jakuba Skiby, który był wiceministrem w MSW, a niedawno został prezesem Polskiej Grupy Zbrojeniowej (wcześniej krótko pełnił obowiązki w Państwowej Wytwórni Papierów Wartościowych). Na takie przejścia pozwalali też poprzednicy obecnego rządu, np. wiceminister obrony został prezesem zarządu Polskiego Holdingu Obronnego. I w sumie tak zwyczajnie po ludzku, trudno im się dziwić. Po co pracować za 7 tys. zł miesięcznie, skoro można pracować za 100 tys. zł miesięcznie? Tym bardziej, że nie wiadomo jaki będzie wynik kolejnych wyborów, i po latach tłustych mogą przyjść lata chude.

Niskie wynagrodzenia najwyższych urzędników są efektem braku odwagi naszych polityków, czy pisząc wprost: ich strachu przed mediami. Płace ministrów zostały zamrożone przez rząd PO-PSL w 2008 r., czyli dziesięć lat temu! Na początku tej kadencji rząd Prawa i Sprawiedliwości zaprezentował projekt podwyżek, ale po medialnej burzy podkulił ogon i się z niego wycofał. I o ile chodzi o podwyżki dla posłów - faktycznie nie ma czego żałować. Polscy posłowie często są niekompetentni, nie potrafią stanowić roztropnego prawa, niewiele od nich zależy (i tak decyzje podejmuje kierownictwo poszczególnych partii), a na dodatek skupiają się głównie na odwiedzaniu imprez okolicznościowych w swoim okręgu wyborczym. W tym przypadku nawet te dziesięć tysięcy, które zarabiają miesięcznie, to zdecydowanie zbyt dużo.

Zupełnie inaczej sprawa wygląda jednak w sprawie dyrektorów czy wicedyrektorów w urzędach centralnych i ministerstwach, czy nawet wiceministrów. Pytanie o to, ile zarabiają ci ludzie, jest tak naprawdę pytaniem o to, jakie chcemy mieć państwo: solidne czy z dykty? Niektórzy wiceministrowie pracują naprawdę intensywnie - po 10-12 godzin dziennie, często są w podróżach służbowych. Zdarzało mi się, że na wywiad z wiceministrem umawiałem się na godz. 20 czy 22 - wcześniej nie mieli czasu.

Jeśli chcemy, by te funkcje pełnili ludzie dobrze wykształceni, z niezłym doświadczeniem i do tego pracowici, to powinniśmy im zapewnić godziwe pieniądze. Jeśli nie chcemy, by kiedy po roku pracy już rozumieją, jak działa urzędniczy mechanizm, skupiali się głównie na szukaniu lepszej pracy, to powinniśmy o nich dbać. Dlatego taki ważny urzędnik powinien zarabiać co najmniej kilkanaście tysięcy złotych miesięcznie. To pozwoliłoby na ściąganie z rynku tych najzdolniejszych. Tym bardziej że w skali budżetu taka podwyżka to jest naprawdę niezauważalna kwota. Tupolewizm powinniśmy wykorzenić na każdym poziomie - jako państwa nie stać nas na oszczędzanie na kompetencjach wysokich urzędników.