Pewnego dnia oświadcza on szefowi, że od jutra chce 10 dolarów więcej za odcinek. Szef mu na to – won. I wzywa Rappaporta, któremu każe pisać dalej „tę przeklętą bzdurę”. Rappaport po godzinie przychodzi pijany i odmawia. Podobnie Treppengelander. I gdy drukarnia już zaczyna ponaglać redakcję, szef wzywa Najlepszego. Ten też po godzinie wraca pijany i mówi, że nie da rady napisać kolejnego odcinka, jeśli w poprzednim bohater Mike Gilderstern wyskoczył z samolotu na wysokości 10 tysięcy metrów nad oceanem i jest bez spadochronu, wokół latają odrzutowce i strzelają do niego pociskami rakietowymi, a na dole czekają trzy rekiny z otwartymi paszczami.

Mam wrażenie, że rząd stosuje podobną taktykę jak ten pisarz. Gdy wydaje się, że rzeczywistość jest już tak grząska, że trudno sobie wyobrazić, by można ją było jeszcze bardziej skomplikować, wtedy jakiś polityk rządzącej partii zgłasza kolejny pomysł lub coś oświadcza. A gdy napotyka kontrargumenty, to nie zastanawia się nad ich sensownością, tylko przyspiesza wprowadzanie swojego projektu w życie. To wygląda na formę intelektualnego szantażu, ale jest też swego rodzaju testem na inteligencję, który rząd sam sobie funduje. Jak to wygląda w praktyce? Kilka przykładów z ostatnich dni.

W poniedziałek unijna komisja wolności obywatelskich, sprawiedliwości i spraw wewnętrznych poparła uruchomienie przez Komisję Europejską art. 7 traktatu UE wobec Polski. Parlament Europejski w środę rozpoczął debatę o nieprzestrzeganiu zasad praworządności przez Polskę. To angażuje rządzących w czasie, kiedy KE przygotowuje projekt kolejnej perspektywy finansowej. I za chwilę trzeba będzie negocjować, ile z tej perspektywy dostaniemy funduszy. Czy konflikt z Brukselą zwiększa nasze szanse w budżetowych negocjacjach? To mogłoby być pierwsze pytanie w teście.