Był pocisk z napędem nuklearnym, dron z ładunkiem jądrowym, rakiety Jars, superszybkie torpedy, hipersoniczne pociski Awangard. Niczym w piśmie „Mały modelarz” pojawił się też konkurs na nazwę dla supernowoczesnego lasera (nasza propozycja to: Miecz Świetlny Prezydencki Standard). Wszystko po to, by przekonać Rosjan, że ich państwo wstało z kolan i zaczyna rozdawać karty. Jeszcze do niedawna zadawano pytanie: gdzie jest Putin? Prasa prześcigała się w rozważaniach na temat tego, czy przypadkiem na Kremlu nie pojawił się ktoś nowy. Nic z tego. Putin wrócił z hipersonicznym przesłaniem.

Czwartkowy show ma głęboki, polityczny sens. Przedwyborcza Rosja funkcjonuje zgodnie z regułami specyficznego miksu nacjonalistyczno-militarystycznego. To euroazjatycka wersja populistycznej fali, która przelewa się przez Europę. Bardziej monumentalna. Zabarwiona imperialnymi tęsknotami. I godnościowa. W tym miksie zbrojenia i związana z nimi wizja postępu technologicznego stanowią cechy immanentne. Rosyjska wiosna 2018 nie może odbyć się bez historii sukcesu. Krym – na który zresztą Putin pojedzie, by tam oddać głos w wyborach – to już za mało. Rosyjski świat potrzebuje nowego zwycięstwa. I jeśli dobrze czytać wczorajsze słowa prezydenta, tę rolę ma spełnić wykonanie, jak mówił, „ogromnej pracy w zakresie armii i floty” – czyli jedynych pewnych, jak z kolei twierdził car Aleksander III, sojuszników Rosji. – Uprzedzaliśmy, że będziemy rozwijać nasze uzbrojenie w odpowiedzi na powstanie tarczy antyrakietowej w Europie? Uprzedzaliśmy – powiedział Putin. – Przed stworzeniem nowych systemów uzbrojenia nikt nas nie słuchał – dodawał.