Anna Sobańda: Ile polskości zostało w pani po 50 latach życia w Paryżu?

Krystyna Mazurówna: Zostały same wady, jak objadanie się pierogami (śmiech). Muszę jednak przyznać, że mam tendencję do polskich cech, jak nazywają to moje dzieci.

Jakie to cechy?

Nie lubię dawać pieniędzy państwu. Jak trzeba płacić podatki, to ja najchętniej coś bym ukręciła, żeby tego nie robić. A że jestem Polką, a Polak przecież potrafi, to zazwyczaj robię jakiś mały przekręt. Moje dzieci się oburzają, że jak to, przecież trzeba płacić podatki, bo to idzie na szkoły, drogi, szpitale. Je niestety nie jestem na tym stopniu ewolucji, co moje dzieci, które urodziły się już we Francji.

Wyjechała pani z Polski w '68 roku. Czy miało to jakiś związek z tym, co działo się wówczas w kraju?

Niby nie, bo już od roku naciskano na mnie, sugerując, że nie powinnam zostać w Polsce, ponieważ układam tańce o złym profilu politycznym, do muzyki kapitalistycznej, czyli jazzu. Nakłaniano mnie więc do wyjazdu, proponowano stypendium w Nowym Jorku albo Londynie. Ja byłam jednak bardzo niechętna, bo świetnie mi się pracowało, miałam swój zespół i wolność twórczą, co było dla mnie najważniejsze. Zrobiono jednak coś w rodzaju szantażu i pewnego dnia wszystkich moich tancerzy wcielono do służby wojskowej. Mnie wezwał zaś do siebie jakiś generał i powiedział, że to będzie moja wina, że oni nie będą mogli wrócić do tańca. Jeśli zaś przekroczę granicę i wyjadę, to zostaną zwolnieni jeszcze tego samego dnia. Nie miałam więc wyjścia, musiałam się zgodzić. Pytano mnie, dokąd chcę wyjechać, nie znałam żadnego języka, było mi wszystko jedno. Ponieważ Paryż był najbliżej, dostałam darmowy bilet w jedną stronę.

Jak się pani z tym wówczas czuła?

To było w czasie, gdy polskie czołgi wjechały do czeskiej Pragi. Pomyślałam więc, że nie mogę żyć w takim kraju i bardzo dobrze, że wyjeżdżam. Wielokrotnie mnie później pytano, czy żałuję. Zawsze odpowiadałam, że żałuję tylko tego, że wyjechałam tak późno, powinnam była wyjechać 5 albo 10 lat wcześniej.

Czy rozpoczynając swoje życie w Paryżu, miała pani kompleks dziewczyny zza żelaznej kurtyny?

Nie miałam czasu na kompleksy. Szukałam jak najtańszego hotelu i pracy w swoim zawodzie, nie mając zupełnie pojęcia o tym, jak to się robi. Chodziłam od teatru do teatru, stawałam w kolejce do kasy i łamanym francuskim mówiłam „tancerka, praca, szukać”. A kasjerka pytała, na jaki spektakl chcę kupić bilet. Dopiero po dobrych kilku miesiącach zaczęłam lepiej rozumieć język, zorientowałam się, że są specjalne castingi. Kiedy wygrałam pierwszy casting, moja sytuacja zaczęła się poprawiać.

W książce pisze pani o tym, że ma kontakt z wieloma Polakami, którzy wciąż przyjeżdżają do Paryża szukać lepszego życia. Czy dziś ta emigracja wygląda inaczej niż wówczas, gdy pani wyjechała do Francji?

Teraz jest dużo łatwiej. Od kiedy Polska jest w Unii Europejskiej, Polacy mogą pracować, gdzie chcą i mieszkać, gdzie chcą. Wówczas emigracja była najeżona problemami biurokratycznymi, trzeba było ciągle przedłużać wizę i trudno było o zatrudnienie. Kiedy ja szukałam pracy w teatrach, wolno było zaangażować tylko 10 proc. obcokrajowców, reszta to musieli być rodowici Francuzi. Wystarczyło więc, że była śpiewaczka Amerykanka i choreograf Brytyjczyk, i dla polskiej tancerki czasem brakowało już miejsca. Teraz każdy Polak przybywający do Francji może pracować, gdzie chce, ale i tak nasi rodacy najczęściej pracują na czarno na zasadzie „może się uda”.

Jest łatwiej, ale pisze pani o tym, że i tak wielu Polaków sobie nie radzi, nocują na schodach polskiego kościoła. Dlaczego jednym się udaje, a innym nie?

Nie wszyscy potrafią się przestawić. Jak się przyjeżdża do innego kraju, trzeba zmienić mentalność, sposób odżywiania się, sposób picia i, co najtrudniejsze, sposób myślenia. Trzeba się zintegrować, nie można być całe życie Polakiem we Francji, trzeba się wtopić w społeczeństwo. Najtrudniej jest ludziom, którzy tu w Polsce mają jakąś wypracowaną pozycję. Ktoś w kraju jest świetnym artystą i wydaje mu się, że jak pojedzie do Paryża, to wszyscy zachwycą się jego sztuką. Tymczasem taka kariera, zwłaszcza w zawodach artystycznych, często jest sprawą przypadku, na ogół trudnego do powtórzenia. Zdarza się, że jestem pytana o znanych Polaków. I zawsze odpowiadam, że jest taki jeden i nazywa się Roman Polański, ale on ma taki talent, że zrobiłby karierę wszędzie.

Uważam, że najlepiej jest przyjechać jak najwcześniej, bez żadnego bagażu. Bo jeśli ktoś ma coś do stracenia, bo tu jest na przykład znanym pisarzem, to tam będzie musiał pogodzić się z tym, że będzie nikim.

Pani się ta integracja udała, miała pani francuskiego męża, pani dzieci są Francuzami, ma pani grono francuskich przyjaciół i znajomych. Jak pani francuskie otoczenie odbiera Polaków?

Z dobrotliwą pobłażliwością. Kiedyś wyglądało to jeszcze gorzej, bo Polak to był złodziej. Pewne rzeczy się jednak nie zmieniają, na przykład wszechobecne „kurwa, kurwa”. Przyjechałam kiedyś do Polski z mężem Francuzem i zabrałam go do teatru na monolog Jandy. Widzę, że on siedzi i coś liczy na palcach. Pytam go, co robi, a on na to, że liczył, ile razy padło „kurwa” i doliczył się 63. Polaków to już nie razi, nie zdajecie sobie z tego sprawy, a mnie to strasznie przeszkadza.

Czy w ostatnim czasie wizerunek Polaków w oczach Francuzów się zmienił?

Bardzo krytycznie odbierane jest to, co robi polski rząd

A przekłada się to na postrzeganie samych Polaków?

Nie, Francuzi wiedzą, że to rząd. Zastanawiają się tylko i pytają, „dlaczego wy się nie zbuntujecie?”

Kto ma się buntować, skoro sondaże pokazują, że znacznej części społeczeństwa podoba się to, co robi rząd PiS?

Bo ci ludzie są bardzo sprawnie manipulowani. Ale Francuzi nie przekładają oceny polskiego rządu na społeczeństwo, wiedzą, że Polacy są obecnie pod terrorem faszyzmu.

W książce nazywa pani siebie antysnobką, dlaczego?

Ponieważ nie przywiązuję wagi do ceny, tylko do wartości. Sukienka nie jest ładna tylko dlatego, że ma metkę znanego projektanta. Mój antysnobizm przejawia się też tym, że mieszkam w złej dzielnicy Paryża, a jak jestem w Polsce, jeżdżę najtańszymi taksówkami. Kiedyś byłam zaproszona na bal Polsatu. Podjechałam taksówką o nazwie Grosik, co bardzo zdziwiło mojego dobrego kolegę Łukasza Jakóbiaka. Zapytał, dlaczego jeżdżę najtańszą korporacją, więc odpowiedziałam, że podoba mi się ta nazwa. Później zaś wszyscy pytali o moją suknię z cekinów, czyja to kreacja, jakiego projektanta. Więc zgodnie z prawdą odparłam, że kupiłam u "chińczyka" na rogu. Chciał 15 Euro, dałam mu 10 i mam suknię. Prawda, że ładna? Bardzo to wówczas wszystkich dziwiło.

Dlaczego mieszka pani w złej dzielnicy?

Bo nie w zamożnej z wielkimi domami, tylko multikulturowej, gdzie życie tętni do 2 w nocy.

Czuje się pani tam bezpiecznie? U nas dużo mówiło się o tym, jak bardzo niebezpieczny jest teraz Paryż.

Ja właśnie w mojej dzielnicy czuję się bezpiecznie. Znacznie gorzej czuję się w tej najdroższej szesnastce, gdzie nikogo nie ma na ulicach, nie ma ani jednego sklepu, są tylko długie aleje z domami, których właściciele wyjeżdżają samochodami ze swoich garaży. Przez moment tam mieszkałam i jak wracałam po spektaklu wieczorem do domu, to bardzo się bałam, bo tam nikogo nie ma. A w mojej dzielnicy jest życie do 2 w nocy, pełno kolorów, sklepów, tu Murzyni, tam Arabowie, obok kilku Polaków, przemyka też paru Francuzów. Naprawdę czuję się jak u siebie.

Jak odbierają kwestię imigrantów sami Francuzi? Czują jakieś zagrożenie?

Ależ skąd. Takie podejrzenia są oburzające. Francuzi, owszem, robią demonstracje w sprawie imigrantów, ale domagają się dla nich lepszego traktowania. Kiedyś przypadkiem na taką trafiłam i pytam uczestników, dlaczego demonstrują. Odpowiedzieli, że dlatego, iż państwo nie dość dobrze zajmuje się imigrantami. To skandal, żeby oni musieli mieszkać w namiotach. Na transparentach nieśli hasła „mieszkania dla uchodźców”. To, co się w Polsce mówi o imigrantach, to skandal. I w dodatku jak coś takiego mogą mówić sami Polacy, których tak dużo wyjechało za chlebem do różnych państw na całym świecie. Ja sama jestem uchodźcą z Polski, jak mogłabym być przeciwko imigrantom?

Czyli Francuzi nie czują żadnego niebezpieczeństwa ze strony imigrantów?

Absolutnie nie. Ja o tym zagrożeniu słyszę głównie w Polsce. Byłam u znajomej, której 18-letni syn był w Paryżu. Opowiadał mi, że nocował u kolegi w tak niebezpiecznej dzielnicy, że w ogóle nie wychodził z domu. Pytam więc, czy ktoś go pobił, a może okradł. A on na to, że nie, ale przez okno widział Murzynów i Arabów, więc wolał nie wychodzić.

Zauważa pani jakieś różnice w mentalności Francuzów i Polaków?

Jedną z podstawowych jest to, że główną skalą wartości dla Polaków jest cena. Temu się udało, kto się dorobił, ma duży dom i jeździ dobrym samochodem. Dla Francuzów cena jest nieważna, wartość jest zupełnie czymś innym. Takie podejście Polaków jest uzasadnione, ponieważ Polska przeszła na ustrój kapitalistyczny stosunkowo niedawno i wciąż to społeczeństwo dąży do tego, żeby mieć. Dlatego wszyscy mnie ciągle tutaj pytają, ile ja mam, ile mam mieszkań, jakim wozem jeżdżę. Odpowiadam, że zazwyczaj ostatnim wagonem metra. Szukam w życiu innych walorów, niż te finansowe.

A pani obsesja mieszkaniowa?

Cały czas ją mam, a wynika z tego, że jako dziecko zawsze miałam wspólny pokój z siostrą i przez cały ten czas marzyłam o własnej przestrzeni. Zaczęłam mieć nawet sny na ten temat. To mi się przełożyło na życiową obsesję kupowania mieszkań. Tylko że ja ich nie kupuję dla siebie, bo wszystkie oddałam dzieciom. Obecnie mieszkam w mieszkaniu córki. Jakiś dziennikarz spytał mnie ostatnio, czy napisałam testament. Odparłam mu, że to niepotrzebne, bo ja mam tylko moje używane sukienki (śmiech).

Czy młodsze pokolenia Polaków mają bardziej zachodnią mentalność niż ich rodzice i dziadkowie?

Tak, widzę różnicę. Choć przeszkadza mi to, że są tacy obojętni na to, co dzieje się wokół nich. Nie chodzą głosować, nie włączają się w życie społeczne, dbają tylko o siebie, swoje najbliższe otoczenie. A tak nie można, trzeba mieć wpływ, choćby minimalny w postaci głosu w wyborach.

Francuzi mają inaczej?

Tak, u nich to jest obowiązek. Moja córka, nawet jak wyjeżdżała na wakacje w terminie wyborów, to podejmowała szereg wysiłków, żeby jednak wziąć w nich udział. Poczucie przynależności społecznej jest u Francuzów bardzo silne.

W książce nazywa pani siebie patriotką. W Polsce ostatnio dużo się mówić o patriotyzmie. Czy pani rozumie go podobnie?

Absolutnie nie. Mój patriotyzm przejawia się w tym, że jak mam w domu jakąś usterkę, to szukam polskiego fachowca, żeby ją naprawił. No, może jeszcze w tym, że lubię pierogi, głównie te z kartoflami, bo to smak mojego dzieciństwa. Lubię też te polskie zwyczaje związane ze świętowaniem i obchodzeniem różnych uroczystości, czego zupełnie nie rozumieją moje dzieci. Zadzwoniłam kiedyś do syna i pytam, czy przyjedzie na Wigilię. A on mówi, że przyjedzie, ale w końcu stycznia. Ja mu na to, że Wigilia musi być 24 grudnia. A on, że 23 ma nagrania, więc 24 będzie odpoczywał i przyjedzie na Wigilię w styczniu.

Francuzi nie celebrują świąt?

Nie tak jak Polacy i nie obchodzą ich tak często. Imieniny na przykład tam w ogóle nie istnieją.

Ma pani słabość do Polaków?

Oczywiście. Lubię otaczać się Polakami. Moja gosposia jest Polką, majster, który naprawia krzywo wszystkie usterki, jest Polakiem, przyjaciółka polska, krawcowa polska, dwie lokatorki mam z Polski. Może ta słabość wynika z tego, że utożsamiam się z nimi. Jeśli mają jakieś problemy, to ja albo mam takie same, albo wyobrażam sobie, jak to jest takie mieć.

Czy kiedykolwiek przeszło pani przez myśl, żeby wrócić do Polski?

Broń Boże, na stałe na pewno nie. Znam ludzi, którzy na emeryturze wrócili do Polski i wszyscy tego żałują. Bo nie da się wrócić do tego kraju, który się lata temu opuszczało. Tamta rzeczywistość już nie istnieje.

Nigdy nie żałowała pani emigracji?

Absolutnie nie. Staram się też nie być emigrantką we Francji. Mój dramat polega jednak na tym, że nigdy nie będę Francuzką, ale już od dawna nie jestem Polką. Jestem chyba obywatelką Ziemi. Jestem przeciwna takiemu zamykaniu granic, że Polska to tylko tu, a tam to już źli Niemcy czy Rosjanie. Wszyscy wokół to sami wrogowie. Nie dość, że z Izraelem się pokłóciliśmy, to jeszcze Ameryka ma nam za złe.

Śledzi pani wydarzenia polityczne w Polsce?

Śledzę ze strachem i przerażeniem. Staram się jednak tym nie zatruwać tak, jak moja przyjaciółka, która tu mieszka. Ona jest tym przeżarta, ciągle o tym mówi, ciągle ją to męczy, ma złamane życie przez to, co dzieje się w tym kraju.

Co panią ściąga więc do Polski?

Obecnie to, że we Francji jestem głównie emerytką i babcią, tam nie prowadzę już działalności artystycznej. W Polsce zaś chyba ciągle myślą, że jestem młoda i zdolna, więc mam szereg pretekstów, żeby tu przyjeżdżać. Wydaję nowe książki, a od niedawna mam nowy zawód, mianowicie jestem modelką na pokazach mody. Najpierw na wybieg wychodzą młode, chude, wysokie panienki, a później wychodzi mała, stara, pękata, czyli ja. Pokazuję te stroje, w które mogę wejść. Dostaję większe brawa niż te młode modelki, bo przecież baby na ulicach wyglądają raczej tak, jak ja, a nie jak one. Poza tym wykładam też na uniwersytecie trzeciego wieku.

Co pani wykłada?

Na moje zajęcia przychodzą takie starsze panie, na ogół o jakieś 10-15 lat młodsze ode mnie, ale bardzo zmęczone, przybite i przestraszone. I ja mówię im wszystko na odwrót, niż wcześniej słyszały. Ostatni posiłek o 18? Ależ skąd, o 18 to ja dopiero zaczynam jeść i pić. Ostatni posiłek jest o 2 w nocy na stojąco przed lodówką. Uczę ich radości życia, bo to jest najważniejsze.

Co się u pani wydarzyło ostatnio?

Właśnie została wydana moja kolejna, czwarta już książka. Jej tytuł to "Nasi za granicą". Opisuję w niej przygody kilkunastu rodaków, których losy we Francji, w innych krajach Europu czy w Ameryce różnie się potoczyły. Naszpikowałam te opowieści anegdotami, żeby lekko się czytało, ale temat jest poważny. Myślę, że ta lektura może służyć ku przestrodze ludziom, którzy wciąż myślą, że za granicą dolary leżą na ulicy, wystarczy się schylić, żeby je podnieść, i że w życiu tylko o nie chodzi.

A o co chodzi w życiu?

O spokój sumienia, o zgodę ze sobą, o świadomość właściwie poprowadzonego życia. Dobrze jest przy porannym goleniu móc spojrzeć w lustro z satysfakcją. Ja właśnie ją czuję...