Dlaczego tu się pani ze mną umówiła, w pustym domu po rodzicach?

Bo tu jest spokój. Był spokój. Kiedy mama zmarła, to w tym domu został tylko 18-letni pies. Opiekowałam się nim. Mieszkałam i u siebie, i tu, właściwie na dwa domy. Nagle odkryłam, że tu jest cisza i spokój, i w zasadzie to jest najlepsze miejsce do przejścia żałoby, do pożegnania się z dotychczasowym życiem. Przyjeżdżałam tu, siedziałam w ogrodzie i oglądałam horrory...

Żeby się bać?

Bynajmniej. Żeby myśleć, że jednak mam dużo lepiej niż główni bohaterowie tych filmów.

To takie polskie.

Pewnie, że polskie. Zresztą, ja się czuję bardzo polska. Mam Polskę we krwi. Miałam różne możliwości wyjazdu i zawodowe, i prywatne, i nigdy się nie zdecydowałam, bo wiedziałam, że bez Polski nie wytrzymam.

A teraz?

Tym bardziej. Łatwo jest być patriotą, jak jest nam dobrze.

Pani została ochrzczona.

W tajemnicy przed ojcem. Ale jeśli mnie pani pyta o jakąś duchową obecność rodziców, to nie, niczego takiego nie czuję. Bardziej jest to obecność wspomnień po rodzicach.

Wybaczyła im pani?

Widzi pani, piję herbatę ze szklanki ojca.

Pamiętam, że tu na kanapie, na której pani siedzi, było posłanie pani ojca.

Tak, w ostatnim okresie życia, kiedy jeszcze był w domu. Poza tym, kiedy rodzice są już bardzo starzy i chorują, to zmienia się optyka ich postrzegania. Ich niedołężność powoduje, że stają się w pewnym sensie naszymi dziećmi. I chyba z tego powodu wszelkie złe wspomnienia związane z tym domem, również te, kiedy był wprowadzany stan wojenny, a ja byłam osiemnastolatką, jakoś w tej chwili bledną. Nie, nie jestem w fazie żałoby, kiedy wszystko się idealizuje. Kiedy odchodzą rodzice, życie zmienia się w sensie mentalno-emocjonalnym. Pamiętam dzień, kiedy odwiedziłam mamę ostatni raz. Był 26 maja zeszłego roku, Dzień Matki, piątek. Przyniosłam bukiet jej ulubionych peonii, coś słodkiego. Siedziałyśmy na tarasie, rozmawiałyśmy. W poniedziałek rano zadzwoniła opiekunka, że mama jest po śniadaniu, że teraz pije herbatę i je Góralkę.

Taki batonik?

Mhm. Opiekunka zdawała mi dość szczegółowe relacje. Miały za chwilę iść na taras, bo pogoda piękna. Jednak za dziesięć minut kolejny telefon, że mama nie żyje, że pies leży przy mamie. Przyjechałam, czekałyśmy kilka godzin na lekarza, na stwierdzenie zgonu. Mówię to, bo ten dom jest naznaczony śmiercią, tym ostatnim wspomnieniem, również chorobą ojca.

To w tym domu pani próbowała popełnić samobójstwo.

Tak, w czasie stanu wojennego. Ale nie chcę do tego wracać. Trzy dni temu umarła siostra mojego taty, która była bardzo z nim związana, razem przeszli przez koszmar Syberii i wiem, że przeżywała to, co się dzieje z degradacją mojego ojca.

Chyba po dwóch miesiącach po śmierci mamy zadzwoniła sąsiadka, że jest konferencja prasowa pod moim domem. Potem zaczęto dzwonić do mnie z różnych mediów z pytaniami, czy oddam dom, który został bezprawnie zabrany rodzinie.

Odda pani?

Nie, bo to taki wóz Drzymały. Poza tym nie został zabrany żadnej rodzinie. Są przecież dokumenty. Ten dom kupiła pani Lidia Przedpełska w sierpniu 1938 roku. Wzięła na niego dwa kredyty, jeden na 34 lata, drugi na 25, płatne co pół roku w Banku Gospodarstwa Krajowego. Państwo Przedpełscy wyjechali z Polski z powodu wojny, we wrześniu 1939 roku już ich tutaj nie było, więc prawdopodobnie nie zapłacili żadnej raty kredytu. Często się podaje, że rodzina Przedpełskich była patriotyczna i bohaterska. Dla mnie oczywiście jest zrozumiałe, że jak się ma dwóch dorastających synów, to się ucieka przed wojną. Jako matka też tak bym zrobiła. Jednak nie nazywałabym tego bohaterstwem. Nie chcę porównywać niczyich losów, ale mój ojciec w tym czasie był zesłany na Syberię, a potem walczył...

Ale pani porównuje.

Po Powstaniu Warszawskim zamieszkali tu ludzie, o których wnuk państwa Przedpełskich mówi z pogardą „dzicy lokatorzy”. Mam jeszcze bardzo ważne papiery świadczące o tym, że pani Przedpełska w 1965 roku zgłosiła się do Amerykańskiej Komisji Odszkodowawczej i dostała ok. 140 tysięcy dolarów za utracone w Polsce mienie. W jego skład nie wchodziła willa na Ikara 5, była jednak określona jako budynek o niższej wartości, niż zaciągnięte na niego kredyty. W związku z czym odszkodowanie się po prostu nie należało i dom przeszedł na rzecz Skarbu Państwa. Trudno powiedzieć, żeby gen. Jaruzelski miał wpływ na amerykańską komisję odszkodowawczą w 1965 roku. Sąsiedzi z mojej ulicy, którzy byli w identycznej sytuacji jak państwo Przedpełscy, spłacali kredyty jeszcze do lat 70., a ich potomkowie mieszkają tu do dziś. I zresztą bardzo mnie wspierają. Trzeba mieć strategię, wiedzieć, kiedy walczyć i jak walczyć, a nie bić się o coś, co jest z góry przegrane. Poza tym, jest takie stwierdzenie chyba Oscara Wilde'a, że nic gorszego nie można wrogowi zrobić, jak mu wybaczyć. Nie reaguję przecież, kiedy telewizja publiczna na mnie szczuje, kiedy w programach mówi się, że moja rodzina zawłaszczyła dom. Wiem, że to ma podburzyć ludzi, wzbudzić emocje. Do tego teraz ta degradacja, która jest czymś całkowicie nowym w polskiej polityce i historii, bo nigdy nie odbywało się to tak, że degradował nie sąd, tylko minister. Wiem, że są osoby, które chciałyby mnie zobaczyć płaczącą, upokorzoną w furii albo w trumnie, jak Barbarę Blidę.

A pani chce zabijać spokojem.

Nikogo nie chcę zabijać. Wiem, że spokój i godność to zachowania, których ojciec by ode mnie oczekiwał. Poza tym one są zgodne z moim życiowym przesłaniem. Zdaję sobie sprawę, że to wszystko jest polityka, a nie osobiste animozje w stosunku do mnie. Dostaję rykoszetem za ojca. Wydawało mi się nawet, że ci, którzy wprowadzają tę ustawę i degradują ojca, powinni się już czuć usatysfakcjonowani. Teraz wiem, że to jeszcze nie koniec, że następnym krokiem będzie usunięcie z nagrobka słowa generał, a następnym wyniesienie grobu ojca z Powązek, a jeszcze następnym może konfiskata mienia. Zdaję sobie sprawę, że przeciwnik jest ode mnie silniejszy i może zrobić wszystko.

Tak pani postrzega władzę?

W żadnym momencie nie chciałabym zabrzmieć jak ofiara.

No, energią pani nie tryska.

Bo nie jestem zaburzona, a nie ma się z czego cieszyć. Wychodzę jednak z założenia, że nie mogę dać się zawładnąć emocjom. Przez większość życia, szczególnie w młodości, byłam na nie zaszczepiona. Próbuję trzymać je w sobie, choć szczerze powiem, cierpienia we mnie jest bardzo dużo. Przecież najgorsze by było, gdybym zaczęła w jakiś sposób szaleć. Mam 14-letniego syna, a skoro zdecydowałam się na macierzyństwo, bardzo świadome, dojrzałe, to wiem, że ponoszę za niego odpowiedzialność. On nie może mnie widzieć w stanie rozklejenia, depresji czy rozchwiania emocjonalnego. Poczułam to pierwszy raz, kiedy był pogrzeb ojca, bardzo burzliwy, jak pani pamięta. Wtedy zrozumiałam, że dla dwóch osób żyjących i jednej nieżyjącej, czyli dla swojego syna, mamy i ojca muszę zachować spokój. Poza tym zrozumiałam, że muszę stanąć na wysokości zadania jako córka, córka żołnierza.

Właśnie z takim spokojem, jak pani teraz mówi, pani ojciec ogłaszał wprowadzenie stanu wojennego.

Gdyby pokazał, że jest przerażony, że ma jakieś wątpliwości, to ludzi by jeszcze bardziej przeraził.

Przecież przeraził, ten spokój to było socjotechniczne zagranie.

On taki był. Spokojny i opanowany. Chował emocje.

Potem mówił, że musiał, że uratował Polskę i Polaków przed rozlewem krwi, że Sowieci tylko czekali... Tylko że nie ma na to żadnych dokumentów. Ojcu pani wierzyła czy historykom?

I ojcu, i historykom. I nie ma w tym żadnej sprzeczności. Trzeba znać tamtą sytuację. Leonid Breżniew jawi się dziś jako wybitny demokrata, który tylko czekał, aż Polska rozwali Układ Warszawski, a ZSRR będzie temu przyklaskiwać. Szczególnie to komiczne, kiedy dziś utrzymuje się nasze społeczeństwo w strachu, że Władimir Putin już jedną nogą przekracza polską granicę.

Ojciec mówił, że nie można było wykluczyć interwencji Związku Radzieckiego. Przecież armia radziecka tutaj była, radziecka Duma nie musiała niczego przegłosowywać, nie trzeba było podpisywać żadnych dokumentów, decyzję można było podjąć w ostatniej chwili. Zresztą, według ojca groźba interwencji to był tylko jeden z kilku powodów wprowadzenia stanu wojennego. Kolejnym była katastrofalna sytuacja gospodarcza, do tego napięcie polityczne. Mogło dojść do bratobójczej walki, do samosądów.

Czyli dobrze zrobił?

Jeśli uznamy, że głównym zadaniem dowódcy jest minimalizacja strat ludności cywilnej, to oczywiście, że dobrze. Ale jeżeli zminimalizowanie liczby bohaterów tragicznie poległych jest porażką... Wielokrotnie z nim o tym rozmawiałam.

Za które decyzje i czyny ojca się pani wstydzi?

Pamiętam Dziennik Telewizyjny, kiedy wyemitowano nagranie prywatnej rozmowy Lecha Wałęsy z jego bratem w czasie, gdy Lech Wałęsa był zamknięty w Arłamowie. To był wstyd, niesmak. Zaś momentem, kiedy moje życie całkowicie się odmieniło, był 16 grudnia 1981. Ojciec zadzwonił z rządowego telefonu i zmienionym głosem powiedział: córeczko, stała się rzecz straszna, zginęli ludzie. Nie wiem, jak to wytłumaczyć, ale wiedziałam, że to zaważy na życiu naszej rodziny.

Pani Moniko, w grudniu 1970 roku też zginęli ludzie, też pani ojciec był za to współodpowiedzialny.

Rozumiem, że ja też? Jak się pani domyśla, byłam dzieckiem. Dobrze pamiętam natomiast 1981 rok, a szczególnie to, co się wydarzyło w kopalni "Wujek". Nie powiem, że cały czas o tym myślałam, ale siedziała we mnie śmierć tych ludzi, tych górników. Potem, krótko po śmierci Jana Pawła II, jeden z górników, Jerzy Wartak, napisał bardzo wzruszający list do ojca, czym zainicjował coś w rodzaju pojednania czy przebaczenia. Wówczas też Tomasz Lis zaprosił do swojego programu córkę jednego z zastrzelonych górników - Agnieszkę, mojego ojca, Jerzego Wartaka. W studio telewizyjnym byli jeszcze Stefan Niesiołowski i Jan Rokita. Ojciec był bardzo przejęty. Słuchałam Agnieszki, tego, jak ona, jej rodzina żyła po stracie. Szczerze powiem, że bardziej się identyfikowałam z nią, niż ze swoim ojcem. Po chwili jednak Jan Rokita powiedział, że zdrajcy nie podaje się ręki i zrobiła się awantura polityczna, za którą poszedł Tomasz Lis. Nie uratował tego, zignorował tę dziewczynę, jej ból, jej życie, które tak strasznie się zmieniło po zabiciu ojca. Kiedy tylko program się skończył, zadzwoniłam do pana, który ochraniał mojego ojca, poprosiłam, żeby przekazał słuchawkę tacie i powiedziałam: jak ty mogłeś dać się tak sprowokować, przecież ta dziewczyna była tam najważniejsza. Minęły kolejne lata, a ja poczułam, że muszę spotkać się z Agnieszką. Pojechałam do Katowic. Na spotkanie przyszła jeszcze jedna dziewczyna, córka innego górnika, która nie chciała robić z tego publicznego wydarzenia.

Przeprosiła je pani?

Tak mnie pani pyta, jakbym to ja strzelała w "Wujku"... Siedziałyśmy, trzymałyśmy się za ręce i płakałyśmy... Nic więcej nie powiem, bo wszystkie inne słowa tu będą zbędne.

Pani to wszystko robi z obowiązku, w imieniu ojca?

Jeszcze o tym wstydzie powiem, że on mi się kojarzy z czymś małym, a nie z wielką tragedią. A wielka tragedia to jest cierpienie, a nie wstyd. To był straszny czas, straszny. A teraz nie dam sobie wmówić, że są dwie Polski. Jest jedna, nasza wspólna, jak w piosence "Wszyscy Polacy to jedna rodzina".

To piosenka disco polo.

Może rzeczywiście nie najlepiej wybrałam. A może właśnie dobrze. Ale ok, jesteśmy jedną rodziną, potwornie ze sobą skłóconą, w której nie ma nikogo, kto jest bez winy. Jednak jesteśmy na siebie skazani, więc jeśli to pójdzie dalej, mogą stać się tragiczne rzeczy.

Stan wojenny ktoś wprowadzi?

Czy też będą się działy rzeczy gorsze niż stan wojenny.

Czyli?

Że staniemy przeciwko sobie. I politycy będą za to odpowiedzialni. Oni myślą o sukcesie w ten sposób, że któraś ze stron wygrywa. A tak naprawdę zwycięstwo będzie wtedy, kiedy zaczniemy ze sobą rozmawiać, wybaczać sobie. Proszę sobie wyobrazić, że wygrywa totalna opozycja, zaczyna rozliczać PiS i wojna trwa dalej. Boję się rewanżyzmu. Czytam te wpisy o wykopaniu Lecha Kaczyńskiego z Wawelu i naprawdę boję się tego, co może nastąpić. Politycy często zarządzają poprzez propagandę, a propaganda ma wywoływać emocje, najczęściej te złe. Zatracana jest wtedy logika myślenia, postrzeganie przyczynowo-skutkowe.

Mówi pani o PRL-u, o ojcu?

Nie, mówię o polityce w ogóle, o przekłamywaniu historii, o naświetlaniu pewnych punktów, aby wszystko to, co jest kontekstem, pozostawało w ciemnościach.

Politycy PiS, ale nie tylko oni, mówią o tym, że gdyby w 90. latach osądzono winnych śmierci górników z kopalni "Wujek", winnych śmierci Grzegorza Przemyka, tych, którzy de facto odpowiadali za śmierć księdza Popiełuszki, to byłoby w Polsce zupełnie inaczej.

Pani mówi o tych, którzy de facto odpowiadali za śmierć księdza Popiełuszki, czyli co - sugeruje pani, że mój ojciec za to odpowiadał? Nawet opozycja mówiła wtedy, że śmierć księdza Popiełuszki najbardziej uderza w Jaruzelskiego i Kiszczaka, więc mówiąc cynicznie, gra nie była warta świeczki. Oczywiście można przypisywać mojemu ojcu odpowiedzialność za wszystko, co się działo w tamtym czasie. Teraz na przykład robi się z niego głównego antysemitę.

Jest współodpowiedzialny za Marzec '68.

Był wtedy szefem Sztabu Generalnego. IPN podaje, że był inicjatorem odpowiedzialnym za usunięcie z armii i degradację prawie 1300 oficerów pochodzenia żydowskiego. Sięgnęłam do dokumentów i ojciec bezpośrednio się tym nie zajmował, do degradacji dochodziło wtedy, kiedy ci ludzie byli już obywatelami innych państw. Nie była to więc degradacja za pochodzenie. Przede wszystkim degradował sąd, a nie minister, którym ojciec zresztą wtedy jeszcze nie był.

Gdyby nie pochodzenie, to by nie wyjechali.

Oczywiście. Mówił, że mógł się temu przeciwstawić i nie zrobił tego. Często powtarzał, że tego żałuje, a jego najbliższym przyjacielem aż do śmierci był płk Michał Sadykiewicz, który właśnie w 1968 roku opuścił Polskę i zamieszkał w Londynie. Jedno wiem - ojciec na pewno nie był antysemitą. Pochodził, co prawda, z endeckiego domu, ale z domu, w którym obowiązywał szacunek do wszystkich. Ziemiańska rodzina ojca mogła mieć do Żydów stosunek co najwyżej pobłażliwy.

Dzisiaj przez telefon mi pani powiedziała, że jest pani w piekle.

Piekło to intensywność życia medialnego.

A nie polityka?

Myślę, że to dopiero przedsionek, bo teraz, kiedy powiedziałam, że będę startować w wyborach samorządowych, że będę wchodzić w politykę, ataki na mnie się nasilą.

SLD miało już swoją maskotkę - Magdalenę Ogórek.

Proszę nie obrażać pani doktor Ogórek.

SLD potrzebuje ożywienia, kobiet potrzebuje.

Co za szowinizm, pani redaktor. Potrzebuje mądrych ludzi, niezależnie od płci. Magdalena Ogórek wykorzystała SLD. Co do mnie, myślę że SLD może być spokojne, nie odwrócę się i nie odejdę nagle do PiS, nie pójdę do TVP. Ale wcale nie dlatego, że PiS nie chciałby mieć w szeregach Jaruzelskiej, tylko z tego powodu, że ważna jest dla mnie pewna lojalność.

Wobec postkomunistów?

Nie, nie o to chodzi. SLD to ugrupowanie, które zawsze broniło służb mundurowych, wojska...

Czyli to o ojca chodzi?

Również. Przecież to Platforma Obywatelska w 2009 roku wprowadziła ustawę dezubekizacyjną, którą PiS tylko poprawia. Z drugiej strony, wydawało się, że degradacji ojca już nie będzie, że po zdymisjonowaniu ministra Macierewicza sprawa została zamknięta, no ale najwyraźniej PiS musiał odwrócić uwagę od swoich wpadek.

Ufa pani Włodzimierzowi Czarzastemu?

Zaufałam. Z SLD łączy mnie zbieżność interesów.

Na lewicy jest jeszcze Barbara Nowacka.

Ja jestem dość staroświecka. Jestem tradycjonalistką.

Chodzi pani na Manify, na Czarne Protesty?

Nie, bo ten dzisiejszy feminizm mnie po prostu nie odpowiada. Boję się histerii związanej z #MeToo, która może sprawić, że coś tak przerażającego jak gwałt albo molestowanie seksualne nieletnich zostaną zrównane z opowiedzeniem ordynarnego, seksistowskiego dowcipu. Podziwiam za odwagę Magdę Cielecką, której obie strony obyczajowe już szykują stos. Poza tym wydaje mi się, że w Europie dyskryminacja idzie raczej po linii materialnej, a nie płciowej. Trudno powiedzieć, że bardziej dyskryminowana jest bizneswoman, właścicielka firmy w dużym mieście, niż rencista spod Mławy. Wychowywałam się w świecie patriarchalnym, w którym szacunek do kobiet stał dość wysoko. Był to też świat brania odpowiedzialności. Feminizm walczący jest w wielu sprawach słuszny, ale też może spowodować zdejmowanie z mężczyzn odpowiedzialności za rodzinę.

Nie rozumiem.

Z jednej strony kobiety biorą wszystko na swoje barki, a z drugiej zwalczają mężczyzn, a to są przecież nasi ojcowie, mężowie, synowie.

Barbara Nowacka mówiła o politykach z SLD: za bycie marionetką w ramionach chłopaków z SLD dziękuję bardzo. Za nimi nie stoi żadna myśl, żadna chęć zmian społecznych, napraw.

No cóż, ja nigdy w życiu nie byłam niczyją marionetką. Znam w SLD wiele osób, które cenię. Poza tym, z całym szacunkiem i sympatią dla Basi Nowackiej, mój pragmatyzm mi mówi, że SLD ma większe szanse, by wejść do Sejmu i zrobić coś w sprawie, z którą ja wchodzę do polityki, czyli pomocy rodzinom wojskowych. Wiem, że może dla pani brzmi to mało wiarygodnie, że mnie tak zależy na sprawach wojskowych, ale ja się z wojskiem wychowywałam, wśród wojskowych na różnych szczeblach. To jest mój świat. Nie darzę wielką sympatią ministra Macierewicza, ale kiedy odchodził z wojska, zdymisjonowany, to odczuwałam jego dramat... Kiedy za jego rządów odchodzili generałowie, to zauważyłam, że mówili tylko o sobie. A dla mnie ktoś, kto jest dowódcą, powinien brać odpowiedzialność za swoich podwładnych.

Wie pani, dlaczego np. gen. Maczek czy gen. Malinowski pracowali w Londynie za barem albo na zmywaku? Bo dowiedzieli się, że rząd brytyjski proponuje pensje tylko im, a już im podwładnym - nie.

Nie wiedziałam, ale tak powinien postąpić oficer.

Ich rodzinami też się pani zajmie jako polityk SLD?

Jeśli będzie taka potrzeba - tak. Ale przede wszystkimi tymi, których może dotknąć ustawa degradacyjna. Proszę pamiętać, że może dojść na przykład do tego, że będą zabierane wojskowe mieszkania, że wystarczy, aż ktoś na kogoś doniesie i już jest powód do degradacji...

Zauważyła pani, że nie ma mowy o obniżaniu emerytur?

Może to zasługa tego, że zięciem gen. Hermaszewskiego jest Ryszard Czarnecki... A na poważnie, to kiedy wygra inna siła polityczna, dymisjonowani będą ci oficerowie, którzy teraz są w wojsku i są uznawani za PiS-owskich żołnierzy. I o nich też myślę, o ich żonach, dzieciach. Mogę sobie wyobrazić ich życie. Jeszcze raz powtórzę, jestem córką wojskowego, jestem córką żołnierza. Mój udział w polityce to nie jest taki nowy pomysł. Wcześniej Janusz Palikot mi to proponował. Spotkaliśmy się kilka razy, byłam nawet na zjeździe jego ugrupowania.

Gdyby pani wtedy się zdecydowała, to miałaby już pani politykę za sobą.

Właśnie. Ale wtedy wyczułam, że to nie jest formacja dla mnie. Nie chciałam się podpisywać pod kimś, kto zdejmuje krzyże w Sejmie.

Jerzy Urban popierający Palikota pani nie przeszkadzał?

Przeszkadzały mi działania Palikota w szerszym kontekście. Przeszkadzały mi wypowiedzi związane z katastrofą smoleńską, różne happeningi. Uważam, że i ofiarom, i rodzinom należy się wielki szacunek i nie można z tego robić spektaklu. Niestety, do tej pory wielu polityków ma na ten temat inne zdanie. W tamtych czasach spotkałam się też z premierem Millerem i to właśnie z nim pierwszym omawiałam mój ewentualny udział w polityce SLD. Może gdybym wtedy się zdecydowała, nie byłoby Magdy Ogórek i wszystko potoczyłoby się zupełnie inaczej. Ale wtedy mój syn był jeszcze mały. A poza wszystkim, żył jeszcze mój ojciec. Zaczęłam wtedy pisać książki.

Teraz utrzymuje się pani z książek?

Wszystkie sprzedały się dość dobrze. „Towarzyszka panienka” w ponad stu tysiącach egzemplarzy. Ale jeśli pyta mnie pani, czy regularnie gdzieś pracuję, to nie. Prowadzę zajęcia na uniwersytecie SWPS i tyle. Nie narzekam jednak. Wcześniej miałam sporo szkoleń dla banków, różnych firm, ale kiedy PiS doszedł do władzy, to się ucięło. Ale nie, nie z tego powodu wchodzę do polityki. Otóż, na razie myślę o strukturach samorządowych, a w nich się ciężko pracuje i niespecjalnie dobrze zarabia.

Ale w Sejmie już się zarabia.

Ale na razie o Sejmie nie myślę.

Na razie.

Ok, samorząd to może być droga do Sejmu. Zobaczymy.

I do prezydentury.

Do jakiej prezydentury?

Leszek Miller powiedział, że za dwa i pół roku to właśnie pani powinna stanąć do wyborów prezydenckich.

Dziękuję panu premierowi, że ma o mnie tak dobre zdanie. Na razie nie wykluczam, że będę kandydowała do Parlamentu, ale też tego nie zakładam. Zobaczę, na ile mogę być sprawna w pomocy ofiarom ustawy degradacyjnej, to będzie decydujące. Poza tym sprawdzę, ile polityka będzie wymagała kosztów emocjonalnych, ile będę musiała poświęcić życia prywatnego. Na pewno nie zrobię nic kosztem syna. Wzoruję się raczej na moim ojcu, czyli praca u podstaw, organiczna, a nie "teatr mój widzę ogromny".

Cały czas pani wraca do ojca, on jest dla pani punktem odniesienia.

Jest. Zrozumiałam to niedawno. Całe moje dorosłe życie to była próba autonomii, na lata schowałam się wielkiej szafy, jaką jest świat mody. Daleko od polityki. Nikt nie mógł powiedzieć, że ojciec mi coś załatwił. Poza tym ludzie zajmujący się modą raczej nie są rozpolitykowani. Mam poczucie, że co prawda robiłam coś, co nie jest moją pasją, ale co dawało bezpieczeństwo. Pracowałam w "Twoim Stylu", w Deni Cler, w biznesie, byłam prezesem, dyrektorem artystycznym. Wydawało się, że jestem niezależna od ojca. Ale kiedy promowałam ostatnią książkę, zostałam zaproszona do Dzień Dobry TVN, w którym to programie bywałam bardzo często jako osoba zajmująca się modą, psychologią, jako dojrzała matka, aż tu nagle patrzę na pasek zapowiadający rozmowę: Monika Jaruzelska - życie w cieniu ojca. Zastanawiałam się, czy to jest incydentalne i szybko okazało się, że nie. Kiedy umarł mój ojciec, to umarł także obiekt nienawiści wielu Polaków. I tę lukę trzeba było czymś wypełnić. Okazuje się, że najlepszym wypełniaczem może być dziecko znienawidzonej osoby. Nie ma Jaruzelskiego, jest Jaruzelska, więc Jaruzelski jest ciągle żywy. Nie chciałabym się jednak stać nowym logo stanu wojennego.