Klientów sądów już zachwyca reforma sądownictwa, która niczego w ich funkcjonowaniu nie naprawia. Za to ekscytuje się nią Komisja Europejska. Chorzy dostali niedokończoną reformę służby zdrowia, w pakiecie z wkurzonym do białości personelem medycznym. Miłośnicy zakupów mają niedziele bez handlu. Z kolei Żydzi dostali nowelizację ustawy o IPN i zareagowali na nią jak lekarze rezydenci na ministra Radziwiłła. Zupełnie nie przyjmując do wiadomości, iż najgenialniejszy z pomysłów Ministerstwa Sprawiedliwości był nie dla nich, lecz dla dobrego imienia narodu polskiego. Od czasu przyjęcia ustawy dobre imię naszego narodu wciąż nie może dojść do siebie, ale za to mamy zimę dyplomatyczną w relacjach z Izraelem i Stanami Zjednoczonymi. Tymczasem pracodawcy już dostają palpitacji serca, czytając o rewolucyjnych pomysłach upchniętych w projekcie nowego Kodeksu Pracy. Nieco podobnie mają kierowcy, słyszący o dorzuceniu do ceny benzyny malutkiej opłaty na program elektromobilności. Każdy dojrzały człowiek wie, jak malutkie opłaty lubią z upływem czasu rosnąć. Są jeszcze myśliwi. Im zabroniono zabierać do lasu własne dzieci, by sobie popatrzyły na rozstrzeliwane, a następnie patroszone zwierzątka. Na szczęście myśliwym współczują tylko inni myśliwi, psycholodzy, jacy będą musieli ich okresowo badać, oraz hodowcy zwierzątek futerkowych. Ci ostatnio w poczuciu solidarności z podobnie do nich skrzywdzonymi miłośnikami przyrody.

Na ten cały pasztet, jaki Prawo i Sprawiedliwość zafundowało sobie samo, pasuje, niczym wisienka na tort, aborcja. Po prostu aż się prosi, żeby w tym momencie rządząca partia radykalnie zaostrzyła przepisy dotyczące ochrony życia poczętego. Wówczas byłoby to pasztetem kompletnym, a zarazem doskonałym.

Po zakończeniu organizowania sobie stosu kłopotów rząd mógłby wreszcie zająć się bohaterską walką z nimi. Wykazując przed wyborcami, jaki jest sprawny. Być może jest to właśnie najbardziej przebiegły z planów prezesa Jarosława Kaczyńskiego na to, jak wygrać serię czterech, nadchodzących wkrótce starć wyborczych. Już jesienią odbędą się wybory samorządowe, a potem w kolejce czekają aż trzy kampanie: do polskiego parlamentu, do europarlamentu oraz prezydencka. Wprawdzie rozsądek nakazuje, by rządząca partia w tym czasie wzbudzała wśród elektoratu jak najwięcej uczuć pozytywnych. Dopieszczała wyborców swą troską, uwodziła obietnicami. Natomiast w żadnym wypadku nie wkurzała. Jednak jest to recepta banalna, znana wszystkim. Należałoby więc domniemywać, że sedno „napoleońskiego planu” prezesa sprowadza się do tego, iż przez dwa lata konsekwentnie prokurowano wszystkie trudności, by teraz w popisowy sposób rozprawić się z nimi do jesieni. Po czym, w okolicach stulecia polskiej niepodległości oświadczyć, zachwyconym całym spektaklem obywatelom: „A widzicie, jacy jesteśmy świetni! Nikt inny w Polsce tak nie potrafi rozwiązywać problemów!”.

Już nawet widać pierwsze dowody na istnienie tego planu. Poseł Marek Ast z zaskoczenia ogłosił, że ustawy o Trybunale Konstytucyjnym i sądach zostaną znowelizowane. Wprowadzone zmiany mają ugasić konflikt z Komisją Europejską. Jeszcze bardziej intrygująco prezentuje się rzecz z nowelizacją ustawy o IPN. W myśl jej obecnego brzmienia, gdyby na Marsie nagle odkryto inteligentne formy życia, a następnie zasugerowały one, że naród polski odpowiada za Holokaust, wówczas prokuratorzy z IPN muszą natychmiast się tam udać, żeby owe formy aresztować. Następnie przywlec przed wymiar sprawiedliwości III RP, aby przykładnie ukarać. Wszystko super, aż tu nagle Prokurator Generalny oznajmił, że byłoby to niezgodne z polską konstytucją. Dezawuując ustawę, jaką wypichcono pod nadzorem ministra sprawiedliwości. Co ciekawe prokurator i minister nazywają się Zbigniew Ziobro. Być może wszystko po to, żeby zupełnie zdezorientować marsjańskie formy życia i uśpić ich czujność.

W tym szaleństwie widać więc metodę. Wielbiciele talentów politycznych Jarosława Kaczyńskiego nieraz pisywali w takich momentach z ledwie skrywanym zachwytem – „prezes miał znów napoleoński plan”.

Jednak mając do wyboru między teorią, że odurzony sondażami PiS postanowił popełnić zbiorowe samobójstwo, a tym, iż jest to diaboliczny plan wygrania czterech kampanii pod rząd, należy wytypować trzecią wersję zdarzeń.

Wbrew pozorom odwoływanie się do osoby „małego kaprala”, który został cesarzem Francuzów, nie jest tu przypadkowe. Bonaparte, od kiedy zdobył władzę we Francji, każdą kolejną wojnę zaczynał, bo musiał. Oczywiście sprawy potoczyłyby się inaczej, gdyby nie jego megalomańskie ambicje i chęć ulepszania, lub reformowania wszystkiego, czego tylko się dotknął. Budził tym grozę wśród co bardziej konserwatywnych Francuzów, a także na monarszych dworach w całej Europie. W efekcie inni władcy regularnie zawiązywali przeciwko niemu nowe koalicje. Napoleon na wieść o nich ruszał do boju, triumfował na polach bitew, dyktował warunki pokoju, po czym powstawała kolejna koalicja.

Po ponad dekadzie krwawych wojen doszło do kumulacji, czyli bitwy narodów pod Lipskiem. Wówczas okazało się, że walczą przeciwko niemu nie tylko wszystkie państwa Europy, ale nawet najbliżsi współpracownicy. Jedynie na Polaków mógł liczyć do końca. To akurat stanowiło dla cesarza marne pocieszenie, podobnie jak pamięć o liczbie wygranych bitew, bo i tak przegrał.

Przez dwa lata rządów Prawo i Sprawiedliwość z energicznością, jakiej mógłby pozazdrościć nawet Bonaparte, postanowiło zmienić dosłownie wszystko. Bez oglądania się na to, czy chce zmieniać w: kraju, świecie, czy nawet we Wszechświecie. Zapominając o podstawowej zasadzie Newtonowskiej dynamiki, że: „każdej akcji towarzyszy reakcja”. Co nakazywałoby starannie przewidywać możliwe reakcje. Bo jeśli się tego nie robi, to otrzymuje się pasztet z wisienką na szczycie.